Siedzieli w prostokątnym gabinecie rozglądając się z zaciekawieniem dookoła. U szczytu stało wielkie drewniane biurko, na które leniwie sączyło się światło przez szparę w zasłonach. Za nim stał otwarty barek wypełniony po brzegi trunkami, których nawet nie znali. Każdy siedział w napięciu wyczekując rozwoju sytuacji. Tylko Amaros wyglądał na nie przejętego obrotem spraw i leniwie bawił się szklaną kulką zabraną z biurka. Ekipę przerażało, że są otoczeni przez ludzi z automatami w rękach. Za biurkiem siedział wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna po pięćdziesiątce, który przyglądał się rozgrywanej scenie przed nim z rozbawieniem błąkającym się na jego twarzy.
- Nie powiedziałeś im - bardziej stwierdził niż zapytał, zwracając swój wzrok na Amarosa.
- Nie było okazji.
- Czy możemy dowiedzieć się co tu się stało? - Luna odważyła się przerwać ciszę wśród ekipy.
- A co się miało stać? - spytał Komandos coraz bardziej rozbawiony.
- No... Ty żyjesz? - tym pytaniem rozbawiła szefa mafii.
- Jak widać - odpowiedział, oglądając się po całym ciele - dziur po kulach nie stwierdzono.
- Ale...
- Ciii - Silver uciszyła koleżankę.
- Mądre dziewczynki - na to stwierdzenie obie zrobiły oburzone miny, ale nie odezwały się słowem.
- Myślałeś nad moją propozycją? - spytał Amara.
- Trochę - odrzekł niepewnie.
- Chwila - Oszust przerwał ich wymianę krótkich myśli - jaką propozycję?
- O tym też im nie powiedziałeś? - spytał go Komandos, ale nie wyglądał na zdziwionego.
- Nie było okazji. - powtórzył się Amaros.
- Nie za bardzo rozumiem co tu się dzieje - Fatum potrząsnęła lekko głową.
Cała ta wymiana zdań dla ekipy nie miała najmniejszego sensu. Informacje były szczątkowe, nie pełne, a i tak mieli wrażenie, że jest ich za wiele jak na jeden dzień.
- Spokojnie już tłumaczę - Komandos zaśmiał się widząc ich zmieszanie - mam nadzieję, że mi pomożesz jak bym coś pominął? - spytał Amarosa, który kiwnął tylko głową, nie odzywając się i nie patrząc na ekipę.
Szef mafii rozsiadł się wygodnie w krześle i odpalił cygaro, podając jedno chłopakowi jednak ten odmówił.
- Dobrze. Od czego by tu zacząć - zastanowił się. - W waszej ekipie był niejaki Smutny, dobry przyjaciel jak się wam wydawało, a tak naprawdę zdrajca podstawiony przeze mnie. Miał wyciągnąć o was informacje i przekazać je mnie. Najbardziej mi zależało dowiedzieć się czegoś o Amarze, ponieważ jego zaangażowanie w akcje czyni z niego profesjonalistę. Wkurwiało mnie to, że zawsze jesteście krok przede mną. Zwykłe dzieciaki, a przechytrzyliście moich ludzi. Miarka się przebrała, kiedy podwinęliście samochód ze złotem należącym do mnie. Kazałem porwać jego siostrę - wskazał na chłopaka - ale nigdy nie kazałem jej zabić. Chciałem odzyskać złoto i liczyłem po cichu, że jakoś dogadam się z Amarem żeby wykonał kilka akcji dla mnie. Wiem, że nie zabijacie. Chodziło o zwykłe skoki. Wtedy Smutny pokazał swoje prawdziwe oblicze. Okazało się, że mnie również wodził za nos. Skurwiel postanowił przejąć biznes i się mnie pozbyć, ale Amar też był dla niego problemem. Zabił biedną Lilly i wiedział, że jej brat będzie chciał mnie za to wyeliminować, a jeżeli to uczyni moi ludzie pozbędą się jego. Smutny w ten sposób pozbył się dwóch zagrożeń. Przynajmniej tak mu się wydaje.
- O jakiej propozycji mówiłeś wcześniej? - spytał Oszust.
- Zaproponowałem waszemu koledze, żeby dołączył do mafii.
Amaros uniósł lekko głowę do góry chcąc ujrzeć reakcję ekipy. Widział jak w ich oczach czai się strach i niepewność. Każdy tępo wpatrywał się w bruneta oczekując wyjaśnień.
- Czego ode mnie oczekujesz? - spytał.
- Wiecie czym się zajmujemy. Robimy to samo co wy.
- Z tą różnicą, że my nie zabijamy jak ktoś wejdzie nam w drogę.
- My w ten sposób tylko pozbywamy się "małych niedogodności" - zaznaczył w powietrzu cudzysłów.
- Ale rozumiem twoje obawy. Chcę zaproponować wam mały układ.
- Wam? - zdziwił się Tek.
- Chcę żeby cierpiał. Smutny - sprostował patrząc na nich. - Wiem jakie relacje panują u was w ekipie i nie chcę ich zmieniać. Moja propozycja będzie jasna, bez żadnych haczyków. Wykonujecie swoje zlecenia od Sydney, a czasami pomagacie mi, a ja pomagam wam. Korzyść obustronna. Umowa obowiązuje do czasu, aż wspólnymi siłami złapiemy zdrajcę.
- Chciałam Ci przypomnieć, że my nie maczamy palców w morderstwach i porwaniach jak wy - syknęła Luna.
- Tak, tak rozumiem - uniósł ręce w geście, że się poddaje. - To już się robi nudne, ale jak mówiłem rozumiem was. Wykonujecie tylko zlecenia, które są w waszym stylu. Oczywiście kasę dzielę między was i swoich ludzi w zależności od wkładu. To jak? - spytał.
- Musimy to przemyśleć - odpowiedziała niepewnie Silver, patrząc na Liama. Miała nadzieję, że nie podjął decyzji samodzielnie i mimo ostatnich wydarzeń zaufa im na tyle, żeby się wspólnie naradzić.
- Nie ukrywam, że zadania będą trudne, ale jak już mówiłem nic, czego już nie robiliście.
- Jak to wszystko się pogmatwało - dodała i oparła głowę o rękę.
- Macie dobę na przemyślenia - powiedział - po tym czasie uznam, że się nie zgodziliście i nasze drogi się rozejdą. Wtedy nie gwarantuję, że uda się pomścić Lilly - dodał celowo patrząc na Amara.
- Nie zgadzam się - Luna uderzyła pięścią w stół tak, że ekipa się wzdrygnęła. - Nie wyniknie z tego nic dobrego.
- Musimy wszystko ustalić. Przegadać wszystkie za i przeciw - zakomunikował Oszust.
Siedzieli w salonie na poligonie i próbowali dojść do ładu z propozycją Komandosa. Ulżyło im, że Amaros przyjechał razem z nimi, chociaż przez cały ten czas nie odezwał się słowem.
- Jak coś spieprzymy to nas zabiją bez mrugnięcia okiem - powiedziała Fatum.
- Jesteśmy profesjonalistami. Sami słyszeliście, że nawet mafia nie daje nam rady - wtrącił się Gtr.
- A co ze szkołą? - spytała Silver. - Rozumiem was - wskazała na Teka, Oszusta, Gtra i Kursywę - bo wy już nie chodzicie, albo rzuciliście to w pizdu. Co jak akcja wypadnie w czasie lekcji? Raz, dwa możemy się urwać, ale w końcu rozniosą się plotki jak nas nie będzie, a w tym czasie coś gdzieś zginie. W końcu powiążą fakty.
- Jak akcja wypadnie, gdy wy będziecie zamulać na zajęciach to my się tym zajmiemy - odparł Tek.
- A co z Kursywą? - spojrzała na dziewczynę, która siedziała na wózku. - Nie ma co ukrywać, ale nie pójdzie z wami na akcję.
- Fatum i Luna nauczą mnie hakowania - powiedziała wymieniona - albo przynajmniej wpoją jakieś pojęcie o kamerach, żebym pomagała chłopakom z przed monitora.
- Dlaczego wy się tak upieracie, żeby tam pójść? - warknęła Luna
- Jeżeli mogę - z miejsca podniósł się Vamp uciszając tym samym krótkowłosą blondynkę - uciekłem z domu, żeby nie dołączyć do mafii. Ojciec mnie od zawsze tam chciał, ale mnie to nie kręciło. Owszem kradzieże, włamania, ta adrenalina mi wystarcza - na jego słowa Amarowi lekko drgnęły kąciki ust - ale słyszeliście co mówił Komandos? W ten sposób pomożemy złapać szuję co namieszała w ekipie i zabiła siostrę Amarosa. Nie wiem jak wy, ale ja jestem z nim. - Brunet patrzył podejrzliwie na blondyna, ale z jego oczu nie wyczytał żadnej pogardy tylko współczucie i chęć działania. - Sam mam siostrę o czym dobrze wiesz i wiem co czujesz brachu.
Liam próbował sobie przypomnieć siostrę Troya, ale nie pamiętał nawet jak ma na imię. Wiedział tylko, że jest w ich wieku, ale nigdy nie trzymała się z nimi, gdy przyjaźnili się w podstawówce. Wyrzucił ją z głowy i ponownie zajął się analizą powstałej sytuacji.
- Jestem z Tobą - powiedział Oszust, patrząc mu prosto w oczy.
- Ja też - zakomunikowała Silver.
Ku zaskoczeniu Amarosa wszyscy się zgodzili. Najdłużej zastanawiała się Luna, ale po pewnym czasie podeszła do niego ze łzami w oczach i zaczęła przepraszać za to, że w niego zwątpiła. Chłopak przytulił ją mocno i zapewnił, że nie ma do niej żalu i całkowicie rozumie jej reakcję i wszystkich dookoła. Ekipa znów była rodziną powiększoną o nowego członka. Troya.
- Cholernie się boję - jej głos przerwał ciszę, która zapadła gdy tuliła się w chłopaka.
- Ja też Kate - odpowiedział. - Ja też.
- Nareszcie wszyscy w komplecie - Fatum nie mogła się powstrzymać i rzuciła się na tulących z takim samym zamiarem. Ekipa roześmiała się. Powoli wracali do normalności.
Komandos siedział u siebie w gabinecie paląc cygaro i zastanawiał się nad propozycją rzuconą w stronę dzieciaków. Na wprost niego w fotelu siedział trzydziestolatek z lekką nadwagą i czarnymi włosami do ramion, które nie widziały szamponu już od ponad tygodnia. Palił cygaro razem z szefem i skrzywił się lekko gdy popiół spadł mu na spodnie. Nie powiedział nic tylko podstawił popielniczkę i strząchnął w nią popiół pilnując aby nic nie spadło na podłogę. Wiedział doskonale, że jego zwierzchnik uwielbia czystość. Dlatego tak bardzo zależało mu na Amarosie i jego ekipie. Nie zostawiali najmniejszych śladów po akcji, a policja dowiadywał się o włamie dopiero po fakcie.
- Zgodzą się? - spytał, przerywając ciszę między nimi.
- Nie wiem - Komandos przeniósł na niego wzrok swoich ciemnych oczu.
- Gdzie jest haczyk?
- Nie ma. - zdziwiły go słowa szefa. - Naprawdę mi zależy na pozbyciu się tego popaprańca. Po części też na tych dzieciakach - dodał w myślach, ale nikt nie musiał tego wiedzieć.
Nikt również nie wiedział, że Komandos w osobie Amarosa widział po części samego siebie. Jedyna różnica była taka, że on miał ojca, który był tyranem. Chciał, żeby odszedł, umarł, albo zginął. Chciał się go pozbyć. Jego ojciec był policjantem, który przynosił pracę do domu. Wszystkich negatywnych emocji wyzbywał się na nim i jego bracie. Bił ich do nieprzytomności, aż w końcu przesadził, przekroczył granicę życia i śmierci. Jego brat po jednym z takich szałów więcej się nie podniósł. Wtedy Komandos poprzysiągł ojcu zemstę. Pewnego dnia cię zajebię. Zapłacisz za wszystko co zrobiłeś! Krzyczał przez łzy, a jego ojciec stał niewzruszony nad ciałem swojego syna.
Uciekł z domu w wieku czternastu lat i więcej się tam nie pokazał. Zaciągnął się do wojska. Chęć zemsty była w nim tak silna, że stał się jednym z najlepszych żołnierzy. Dostał się do jednostek specjalnych. Tam też nadali mu pseudonim, którego używa do dziś. Stał się zbyt niebezpieczny nawet dla swoich zwierzchników, którzy postanowili się go pozbyć. Nie przewidzieli, że to on będzie sprytniejszy od nich. Udało mu się uciec, a po czasie wkręcił się do mafii. Żądza zemsty w nim została, dzięki czemu również w ich szeregach stawał się najlepszym z najlepszych, aż w końcu przejął biznes. Był panem miasta, ale jedna sprawa nie dawała mu spokoju. Po piętnastu latach udało mu się odszukać ojca w jakiejś melinie. Matka go zostawiła, gdy dowiedziała się co zrobił i nie utrzymywała kontaktu. Przystanął w drzwiach do pomieszczenia, w którym na fotelu przed telewizorem siedział jego ojciec popijając browara. Spojrzał przelotnie na syna stojącego w futrynie, jakby takie odwiedziny były codziennością.
- W końcu przyszedłeś - uśmiechnął się pod nosem.
Komandos nic nie odpowiedział. Podniósł broń i strzelił.
Z zamyślenia wyrwał go dźwięk smsa. Skrzywił się lekko i spojrzał z zaciekawieniem na telefon. Nie pamiętał kiedy ostatnio dostał wiadomość tekstową. Od kilku lat ludzie do niego tylko dzwonili. Na wyświetlaczu widniał numer, którego nie znał, ale domyślił się kto napisał po treści wiadomości.
"Pamiętaj, że to tylko dzieciaki."
Pamiętał.
- Szefie do ciebie - w drzwiach od biura stanął niski koleś, oczekując na reakcję.
- Wpuść ich - wiedział kto go odwiedził.
- Podjęliśmy decyzję - powiedział Oszust za wszystkich, kiedy byli już w pomieszczeniu. - Zgadzamy się, ale gdy uznamy, że akcja wykracza poza nasze normalne, nie idziemy.
- Dobrze - odpowiedział, a ekipa popatrzyła po sobie niepewnie. - Nie obawiajcie się, nie ma żadnego haczyka - dodał. - Obiecuję.
Podniósł się z miejsca i podszedł do nich ściskając każdemu rękę.
- Mam nadzieje, że to początek zajebistej współpracy. Chodźcie coś wam pokażę - i wyszedł z biura.
Poszli za nim i stanęli na balkonie obserwując z góry klub. Była wczesna pora dlatego nie było tłumów, a muzyka leniwie sączyła się z głośników, mimo, że nikt nie tańczył.
- Widzicie tamtą lożę - wskazał na czarne sofy na podwyższeniu, między którymi stał szklany stolik. - Jest wasza. Zawsze jak wpadniecie do klubu to miejsce będzie czekać na was.
- Bez jaj - powiedział Gt.
- Co masz na myśli? - dopytała Silver.
- To, że dbam o swoich ludzi - odpowiedział z uśmiechem. - Od dziś pracujecie dla mnie, więc wszystko co znajduje się w klubie jest dla was za darmo. Na mój koszt.
- Czekaj, czekaj czyli zawsze po akcji, albo nawet bez okazji jak wpadniemy do klubu to możemy się najebać za darmo? - spytał Tek, a niedowierzanie malowało się na jego twarzy. Komandos tylko kiwnął głową.
- Ale jaja - powiedział Gt.
- Co ty masz z tymi jajami, że tak o nich wspominasz? - zaciekawiła się Fatum, na co wszyscy zgodnie się zaśmiali. Nawet sam szef mafii.
To może być ciekawa współpraca. Myśl ta krążyła po głowach ekipy jak i Komandosa.
- Jeszcze jedno - odezwała się Silver, a mężczyzna skierował na nią wzrok. - Niektórzy z nas chodzą jeszcze do szkoły, a nie chcemy być powiązani z żadnymi przestępstwami.
- Coś się wymyśli - odpowiedział. - W razie problemów sprzątniemy jakiegoś profesorka, a reszta zamknie ryje.
Ekipa zrobiła wielkie oczy.
- Szefie oni chyba nie znają się na żartach mafii - podpowiedział ochroniarz.
- Kto powiedział, że żartowałem? - spojrzał na nich z uniesionymi brwiami i lekkim błyskiem w oku. - Bawcie się i korzystajcie z uroków młodości. Będziemy w kontakcie - po tych słowach zostawił ich samych sobie.
- Darmowa najebka! Kto ze mną?! - krzyknął Oszust i wszyscy zgodnie ruszyli do baru po wódkę, by następnie zagłębić się w wygodnych sofach.
poniedziałek, 21 sierpnia 2017
środa, 16 sierpnia 2017
Rozdział 3. Brak zaufania.
Początkowo ekipa nie zwracała uwagi na zachowanie Amarosa. Po dwóch tygodniach jednak stało się to męczące do tego stopnia, że nie mogli tego dalej ignorować. Nieodłącznym elementem życia na poligonie stało się to, że chłopak codziennie upijał się do utarty świadomości i zasypiał. Po przebudzeniu, gdy alkohol wyparował z jego organizmu szukał nowej butelki z procentowym trunkiem. Wszystkich bolało to jak cierpi i mieli świadomość, że nie mogą mu pomóc. Musiał uporać się sam ze swoim bólem psychicznym i z pustką po utracie siostry. Ekipa stwierdziła jednak, że przegina i musi w końcu się ogarnąć, żeby nie popaść w nałóg.
Amaros obudził się z lekkim wirem w głowie. Kac nie męczył go już tak jak na początku. Powoli jego organizm przyzwyczajał się do alkoholu. Na tę myśl wzruszył tylko ramionami i podniósł się szybkim ruchem z łóżka. Znał plan na dziś, niezmienny od dwóch tygodni. Zatoczył się lekko i ruszył w kierunku salonu, gdzie spotkała go niespodzianka w postaci ekipy, która stała na środku salonu i przyglądała się jakby zobaczyli go pierwszy raz w życiu. Wiedział co to oznacza.
- Interwencja - powiedziała Silver bez cienia uśmiechu na ustach.
- Kurwa - stwierdził Amaros przecierając oczy w zdumieniu. - Dajcie mi spokój. - odwrócił się i już miał wychodzić, kiedy ktoś delikatnie złapał go za rękę. Odchylił głowę na bok, by spojrzeć prosto w niebieskie oczy Fatum, z których sączyły się delikatne łzy.
- Proszę... - powiedziała błagalnie. Chłopak nie miał serca wyrwać się z jej uścisku i pójść dalej w swoją stronę. Poddał się jej woli, a ona korzystając z okazji zaprowadziła go na kanapę i lekko pchnęła żeby usiadł.
- Słucham, co macie mi do powiedzenia - warknął na nich z nutką irytacji w głosie.
- Musisz przestać pić! - rozległ się srogi głos Oszusta.
- A jak pijemy całą ekipą to jest dobrze? - zaoponował Amar. - Sam już się nie mogę napić?
- Ale nie do tego stopnia! - odparł Oszust, czując, że ta rozmowa nie przynosi skutków.
- Nie chcemy cię stracić - powiedziała Luna.
- Brakuje nam ciebie - dodał cicho Tek.
- Cały czas tu jestem, jak byście nie zauważyli - dodał chłopak wkurzony już nie na żarty. - Czego wy ode mnie chcecie do jasnej cholery?!
- Wróć do nas, braciszku - powiedziała błagalnie Silver, świadomie dodając ostatni wyraz. Słowa te wstrząsnęły Amarosem i obudziły z pewnego transu. Spojrzał na nią zamglonym wzrokiem.
- Przepraszam - powiedział, a łzy zaczęły napływać mu do oczu. - Przepraszam - złapał się za głowę - ja nie potrafię sobie z tym poradzić. Chcę zapomnieć, nie chcę o tym myśleć - powiedział do nich błagalnym głosem, a Silver i Fatum znalazły się przy nim w jednej chwili tuląc z dwóch stron.
- Nie jesteś sam - szeptała do niego Silver głaszcząc po głowie.
- Poradzimy sobie z tym wspólnie - dodała Fatum - tylko proszę wróć do nas.
- Ja nie potrafię - powiedział, płacząc jak małe dziecko. Nie interesowało go to, że ekipa patrzy na niego w takim stanie. W końcu dał upust wszystkim swoim uczuciom, które tłumił w sobie od dnia śmierci siostry. Nie przejmował się nawet tym, że obok stał Troy i się temu wszystkiemu przyglądał.
- Chcę zapomnieć - powtarzał te słowa w kółko, dławiąc się swoimi łzami.
Wszyscy siedzieli w salonie razem z Amarosem od dobrej godziny, ale nikomu nawet nie przyszło do głowy, żeby opuścić go w takiej chwili. Każdy próbował pocieszyć go na swój sposób, ale znali go zbyt dobrze. Wiedzieli, że słowa nic nie zdziałają.
- Dostałem cynk od Mii, że dziś są wyścigi - powiedział Oszust. - Ekipa co wy na to? - wszyscy spojrzeli na Amarosa. Wiedział, że pozostali zrobią to co sobie zażyczy.
- Przez te dwa tygodnie jakieś lamusy zaczęły się panoszyć po naszym torze, uznając, że się wypaliłeś - dodała Kursywa patrząc niewinnie na chłopaka.
- Wiecie co? - odparł Amaros. - Trzeba pokazać kto tu rządzi - pierwszy raz od dwóch tygodni na jego ustach zawitał uśmiech. Ekipa wymieniła radosne spojrzenia i wszyscy pognali do garażu za Amarem, szczęśliwi, że ich kompan otrząsnął się wreszcie z szoku jaki przeżył.
Czarny van stał po przeciwnej stronie ulicy od miejsca docelowego. Troy siedział za kierownicą, nerwowo ściskając ją spoconymi dłońmi. Był pierwszy raz na akcji jako kierowca. To miał być jego chrzest bojowy. Przełknął ślinę, która ledwo przeleciała przez wysuszone gardło. Mieli obrabować sklep jubilerski, a on w razie problemów musiał wykazać się swoimi umiejętnościami kierowcy. Nie był co do tego przekonany, potrafił prowadzić, ale w kryzysowej sytuacji nie wiedział czy sobie poradzi.
- Fatum jak sytuacja? - usłyszał pytanie Amarosa z tyłu samochodu.
- Trzy kamery, dwie na dole, jedna na górze w pokoju szefowej. Czujniki na każdej szybie z biżuterią, można zdjąć zabezpieczenie tylko kartą, którą musicie zwinąć od tej kobiety - pokazała im na monitorze dziewczynę ubraną w białą bluzkę, czarną spódnicę i czarne rajstopy. - Charakterystyczna, nie pomylicie jej z klientami.
- Ilu ochroniarzy? - teraz spytała Kursywa.
- Dwóch na dole, ubrani w czarne garnitury, mają słuchawki w uszach - pokazała im widok z kamer - też nie pomylicie. Uważajcie na pagery, żeby przypadkiem nie wcisnęli guzika łączności. Ty - spojrzała na Oszusta - musisz dostać się do pokoju ochrony i unieruchomić gościa od kamer, żebyśmy mieli czyste pole manewru. Jak Ci się uda musisz odłączyć zasilanie. Od tego momentu mamy siedem minut do przyjazdu policji.
- Aż siedem minut? - Troy zdziwił się słysząc pytanie Amarosa - rozleniwili się ostatnio - ekipa zaśmiała się na jego słowa.
- Bierzemy liny i idziemy na dach - powiedziała Kursywa - na znak Oszusta zjeżdżamy przez wybite okno, kładziemy wszystkich na ziemię, wyłączamy alarm i zawijamy towar ile się da. Fatum pilnuj czasu.
- Jak minie pięć minut to zwijamy, nie ważne ile zostanie. Troy czekaj z włączonym silnikiem - Amar klepnął go w ramię.
- Okej - zdołał wykrztusić niepewnie chłopak.
Amaros i Kursywa weszli na dach po drabinie pożarowej. Chłopak przywiązał ich liny do specjalnych uchwytów i teraz czekał na znak od Fatum, że mogą wchodzić do akcji. Wiedzieli, że Oszust skutecznie wykona swoje zadanie. Pojawiło się znajome uczucie w okolicy brzucha i rozchodząca się we krwi adrenalina. Mógłbym to robić nawet za darmo, tylko dla tego uczucia. Uśmiechnął się w duchu.
- Możecie wchodzić - usłyszeli głos Fatum w słuchawce.
Przewiązali liny przez uprząż, zbili szybę co wywołało krzyki paniki i zaczęli się opuszczać. W tym momencie wszystko poszło nie tak. W połowie drogi lina Kursywy odwiązała się od uchwytu na dachu i dziewczyna runęła z wysokości na ziemię, upadając na plecy. Amaros puścił linę, żeby opaść jak najszybciej, hamując w ostatniej chwili przy posadzce.
- Nie ruszać się! - krzyknął celując bronią dookoła. - Oszust szybko do mnie! Szybko!
- Co się stało? - usłyszał spanikowany głos Fatum.
- Kursywa spadła, szybko Troy wjeżdżaj vanem do sklepu - chłopak wykrzykiwał polecenia, zachowując chłodny umysł - tylko tyłem! Już!
- Na ziemię! - Oszust pojawił się z wyciągniętym pistoletem - Kurwa! - krzyknął gdy zobaczył leżącą dziewczynę.
Przez szklane drzwi sklepu wjechał van na wstecznym. Fatum otworzyła im drzwi celując w ludzi dookoła, a Oszust z Amarem delikatnie wnieśli Kursywę do środka.
- Ruszaj!
Pisk opon. Van ruszył z miejsca w stronę szpitala.
- Nie możemy jechać do szpitala! Nie możemy! Złapią nas! - panikowała Fatum.
- Troy jedź na Daily Street - powiedział Amaros.
- Daily... tam jest klub Komandosa - zdziwił się Oszust.
- Znam kogoś, kto nam pomoże - odpowiedział mu chłopak, wpatrując się w Kursywę.
Dojechali na miejsce po 10 minutach. Samochód zatrzymał się przed klubem. Troy wybiegł szybko żeby otworzyć drzwi z tyłu. Amaros wyszedł i krzyknął do ochroniarzy przed klubem, żeby przynieśli nosze. Ekipa, nie zauważyła nawet, że Ci nie zdziwili się na dziwną prośbę ich kolegi. Po chwili z budynku wybiegło dwóch ludzi z noszami. Zabrali dziewczynę ze sobą i zniknęli w drzwiach.
- Dzwońcie po resztę ekipy - powiedział Amaros, nie patrząc na nikogo konkretnego.
Siedzieli na korytarzu od ponad trzech godzin. Każdy martwił się o koleżankę, ale też rzucali ukradkowe spojrzenia na Amara, który co chwilę chodził zapalić. Podczas jego nieobecności Luna wyraziła ich obawy.
- To nie był dobry pomysł, żeby puszczać go na akcję - powiedziała cicho.
- Był odpowiedzialny za wiązanie lin - mruknęła jej siostra, a wszyscy na nią spojrzeli.
- Nie możemy go o nic oskarżać, bo stracimy swoje zaufanie - warknęła na nich Silver.
- Sama widzisz co się stało z Kursywą - odpowiedziała jej Luna.
- Chcesz nam wmówić, że to jego wina?
- Nie, ale... - schowała twarz w dłoniach. - Sami widzicie jak to się potoczyło. Nie był na to gotowy.
Nie zdawali sobie sprawy, że chłopak stał za rogiem i ich słyszał. Po tej akcji nie odzyska ich zaufania. Zdawał sobie z tego sprawę. Chciał odejść, żeby nie narażać ich więcej na swoje towarzystwo, ale chciał też dowiedzieć się co z Kursywą. Wziął głęboki oddech i do nich wrócił, nie dając po sobie poznać, że coś usłyszał.
Po kilku godzinach wyczekiwania w ciszy, drzwi od sali otworzyły się i wyszedł do nich nieznany im lekarz. Po jego minie nie mogli nic wywnioskować.
- Co z nią? - spytał Tek.
- Będzie żyła - odpowiedział im, ale jego głos dał im do zrozumienia, że jest drugie dno tej wiadomości.
- Ale... - spojrzał na nich, a oni wyczekiwali w napięciu. - Niestety nie udało nam się uratować kręgosłupa. Straciła czucie od pasa w dół.
Ta wiadomość wstrząsnęła ekipą. Dziewczyny zaczęły płakać, a Troy usiadł nie mogąc ustać o własnych siłach. Pierwsza akcja na której był i zakończyła się taką tragedią. Teraz wszystkie oczy skierowały się na Amarosa, który czuł ogromne wyrzuty sumienia.
- Możemy z nią porozmawiać? - spytał.
- Tylko jedna osoba - odpowiedział lekarz - nie może się przemęczać.
- Idę - powiedziała Silver - zaczekajcie tu.
Silver siedziała za drzwiami od 20 minut, a ekipa nie mogła znaleźć sobie miejsca. Siostry płakały cicho w kącie, a chłopaki siedzieli na krzesłach patrząc się tępo w ścianę przed sobą. W końcu Luna nie wytrzymała.
- Jak mogłeś! - krzyknęła zrywając się z miejsca. Podbiegła do Amarosa i zdzieliła go ręką po twarzy. Nie zareagował. Miała pełne prawo mieć do niego pretensje.
- Najpierw chlejesz dwa tygodnie, a później idziesz na akcję narażając życie przyjaciół! Nienawidzę Cię! - darła się już na cały korytarz, a łzy sprawiały, że ledwo widziała na oczy. Zamachnęła się ponownie, żeby go uderzyć, ale powstrzymał ją Oszust kręcąc głową. Przytuliła się do niego, dalej płacząc jak małe dziecko.
- Słyszałem co mówiliście - odezwał się niespodziewanie. - Rozumiem was. Przeproście ode mnie Kursywę - powiedział wstając i odchodząc.
- Zostań - Oszust rzucił do niego cicho. - Ona by tego nie chciała. Zrozumie. - Amaros zawahał się na te słowa. Postanowił zostać. Usiadł w bezpiecznej odległości od złowrogich spojrzeń Luny i zatopił się w swoich myślach.
Nie wiedzieli ile czasu minęło, kiedy drzwi od sali otworzyły się ponownie i wyszła z nich Silver, pchając przed sobą Kursywę, która siedziała na wózku. Amaros uniósł lekko wzrok i serce mu stanęło na ten widok. Co ja zrobiłem. Złapał się za głowę, ale musiał się z tym zmierzyć. Wszyscy do niej podeszli, zaczęli ściskać i pocieszać, że jakoś to będzie, ale ona patrzyła na niego. Nie widział w jej wzroku nienawiści tylko... błaganie? Czegoś tu nie rozumiał.
- Przepraszam - powiedział cicho, patrząc jej prosto w oczy. Podszedł do niej i klęknął wtulając się w jej nogi.
- Nie - odpowiedziała, podnosząc mu głowę do góry - to ja przepraszam - z jej oczu poleciały łzy.
- Bałam się w jakim jesteś stanie - odwróciła wzrok i wzięła głęboki oddech bojąc się jego reakcji - kiedy nie patrzyłeś, odwiązałam twój supeł i zawiązałam sobie linę sama.
Chłopakowi po tych słowach całkowicie odebrało mowę. Reszta ekipy patrzyła teraz na niego z oczami pełnymi smutku. Jak mogli mu nie ufać? Największe wyrzuty sumienia miała Luna. Chciała go przytulić, pocieszyć, przeprosić, ale nim ktokolwiek uczynił jakiś gest, Amar wstał szybkim ruchem i skierował się do drzwi. Nie odwracając się do nich plecami, cały czas szedł tyłem patrząc z niedowierzaniem. Nie zauważył, że drzwi za nim otworzyły się szeroko i stanął w nich wysoki mężczyzna.
- Komandos - powiedziała równocześnie zdumiona ekipa.
Amaros obudził się z lekkim wirem w głowie. Kac nie męczył go już tak jak na początku. Powoli jego organizm przyzwyczajał się do alkoholu. Na tę myśl wzruszył tylko ramionami i podniósł się szybkim ruchem z łóżka. Znał plan na dziś, niezmienny od dwóch tygodni. Zatoczył się lekko i ruszył w kierunku salonu, gdzie spotkała go niespodzianka w postaci ekipy, która stała na środku salonu i przyglądała się jakby zobaczyli go pierwszy raz w życiu. Wiedział co to oznacza.
- Interwencja - powiedziała Silver bez cienia uśmiechu na ustach.
- Kurwa - stwierdził Amaros przecierając oczy w zdumieniu. - Dajcie mi spokój. - odwrócił się i już miał wychodzić, kiedy ktoś delikatnie złapał go za rękę. Odchylił głowę na bok, by spojrzeć prosto w niebieskie oczy Fatum, z których sączyły się delikatne łzy.
- Proszę... - powiedziała błagalnie. Chłopak nie miał serca wyrwać się z jej uścisku i pójść dalej w swoją stronę. Poddał się jej woli, a ona korzystając z okazji zaprowadziła go na kanapę i lekko pchnęła żeby usiadł.
- Słucham, co macie mi do powiedzenia - warknął na nich z nutką irytacji w głosie.
- Musisz przestać pić! - rozległ się srogi głos Oszusta.
- A jak pijemy całą ekipą to jest dobrze? - zaoponował Amar. - Sam już się nie mogę napić?
- Ale nie do tego stopnia! - odparł Oszust, czując, że ta rozmowa nie przynosi skutków.
- Nie chcemy cię stracić - powiedziała Luna.
- Brakuje nam ciebie - dodał cicho Tek.
- Cały czas tu jestem, jak byście nie zauważyli - dodał chłopak wkurzony już nie na żarty. - Czego wy ode mnie chcecie do jasnej cholery?!
- Wróć do nas, braciszku - powiedziała błagalnie Silver, świadomie dodając ostatni wyraz. Słowa te wstrząsnęły Amarosem i obudziły z pewnego transu. Spojrzał na nią zamglonym wzrokiem.
- Przepraszam - powiedział, a łzy zaczęły napływać mu do oczu. - Przepraszam - złapał się za głowę - ja nie potrafię sobie z tym poradzić. Chcę zapomnieć, nie chcę o tym myśleć - powiedział do nich błagalnym głosem, a Silver i Fatum znalazły się przy nim w jednej chwili tuląc z dwóch stron.
- Nie jesteś sam - szeptała do niego Silver głaszcząc po głowie.
- Poradzimy sobie z tym wspólnie - dodała Fatum - tylko proszę wróć do nas.
- Ja nie potrafię - powiedział, płacząc jak małe dziecko. Nie interesowało go to, że ekipa patrzy na niego w takim stanie. W końcu dał upust wszystkim swoim uczuciom, które tłumił w sobie od dnia śmierci siostry. Nie przejmował się nawet tym, że obok stał Troy i się temu wszystkiemu przyglądał.
- Chcę zapomnieć - powtarzał te słowa w kółko, dławiąc się swoimi łzami.
Wszyscy siedzieli w salonie razem z Amarosem od dobrej godziny, ale nikomu nawet nie przyszło do głowy, żeby opuścić go w takiej chwili. Każdy próbował pocieszyć go na swój sposób, ale znali go zbyt dobrze. Wiedzieli, że słowa nic nie zdziałają.
- Dostałem cynk od Mii, że dziś są wyścigi - powiedział Oszust. - Ekipa co wy na to? - wszyscy spojrzeli na Amarosa. Wiedział, że pozostali zrobią to co sobie zażyczy.
- Przez te dwa tygodnie jakieś lamusy zaczęły się panoszyć po naszym torze, uznając, że się wypaliłeś - dodała Kursywa patrząc niewinnie na chłopaka.
- Wiecie co? - odparł Amaros. - Trzeba pokazać kto tu rządzi - pierwszy raz od dwóch tygodni na jego ustach zawitał uśmiech. Ekipa wymieniła radosne spojrzenia i wszyscy pognali do garażu za Amarem, szczęśliwi, że ich kompan otrząsnął się wreszcie z szoku jaki przeżył.
Czarny van stał po przeciwnej stronie ulicy od miejsca docelowego. Troy siedział za kierownicą, nerwowo ściskając ją spoconymi dłońmi. Był pierwszy raz na akcji jako kierowca. To miał być jego chrzest bojowy. Przełknął ślinę, która ledwo przeleciała przez wysuszone gardło. Mieli obrabować sklep jubilerski, a on w razie problemów musiał wykazać się swoimi umiejętnościami kierowcy. Nie był co do tego przekonany, potrafił prowadzić, ale w kryzysowej sytuacji nie wiedział czy sobie poradzi.
- Fatum jak sytuacja? - usłyszał pytanie Amarosa z tyłu samochodu.
- Trzy kamery, dwie na dole, jedna na górze w pokoju szefowej. Czujniki na każdej szybie z biżuterią, można zdjąć zabezpieczenie tylko kartą, którą musicie zwinąć od tej kobiety - pokazała im na monitorze dziewczynę ubraną w białą bluzkę, czarną spódnicę i czarne rajstopy. - Charakterystyczna, nie pomylicie jej z klientami.
- Ilu ochroniarzy? - teraz spytała Kursywa.
- Dwóch na dole, ubrani w czarne garnitury, mają słuchawki w uszach - pokazała im widok z kamer - też nie pomylicie. Uważajcie na pagery, żeby przypadkiem nie wcisnęli guzika łączności. Ty - spojrzała na Oszusta - musisz dostać się do pokoju ochrony i unieruchomić gościa od kamer, żebyśmy mieli czyste pole manewru. Jak Ci się uda musisz odłączyć zasilanie. Od tego momentu mamy siedem minut do przyjazdu policji.
- Aż siedem minut? - Troy zdziwił się słysząc pytanie Amarosa - rozleniwili się ostatnio - ekipa zaśmiała się na jego słowa.
- Bierzemy liny i idziemy na dach - powiedziała Kursywa - na znak Oszusta zjeżdżamy przez wybite okno, kładziemy wszystkich na ziemię, wyłączamy alarm i zawijamy towar ile się da. Fatum pilnuj czasu.
- Jak minie pięć minut to zwijamy, nie ważne ile zostanie. Troy czekaj z włączonym silnikiem - Amar klepnął go w ramię.
- Okej - zdołał wykrztusić niepewnie chłopak.
Amaros i Kursywa weszli na dach po drabinie pożarowej. Chłopak przywiązał ich liny do specjalnych uchwytów i teraz czekał na znak od Fatum, że mogą wchodzić do akcji. Wiedzieli, że Oszust skutecznie wykona swoje zadanie. Pojawiło się znajome uczucie w okolicy brzucha i rozchodząca się we krwi adrenalina. Mógłbym to robić nawet za darmo, tylko dla tego uczucia. Uśmiechnął się w duchu.
- Możecie wchodzić - usłyszeli głos Fatum w słuchawce.
Przewiązali liny przez uprząż, zbili szybę co wywołało krzyki paniki i zaczęli się opuszczać. W tym momencie wszystko poszło nie tak. W połowie drogi lina Kursywy odwiązała się od uchwytu na dachu i dziewczyna runęła z wysokości na ziemię, upadając na plecy. Amaros puścił linę, żeby opaść jak najszybciej, hamując w ostatniej chwili przy posadzce.
- Nie ruszać się! - krzyknął celując bronią dookoła. - Oszust szybko do mnie! Szybko!
- Co się stało? - usłyszał spanikowany głos Fatum.
- Kursywa spadła, szybko Troy wjeżdżaj vanem do sklepu - chłopak wykrzykiwał polecenia, zachowując chłodny umysł - tylko tyłem! Już!
- Na ziemię! - Oszust pojawił się z wyciągniętym pistoletem - Kurwa! - krzyknął gdy zobaczył leżącą dziewczynę.
Przez szklane drzwi sklepu wjechał van na wstecznym. Fatum otworzyła im drzwi celując w ludzi dookoła, a Oszust z Amarem delikatnie wnieśli Kursywę do środka.
- Ruszaj!
Pisk opon. Van ruszył z miejsca w stronę szpitala.
- Nie możemy jechać do szpitala! Nie możemy! Złapią nas! - panikowała Fatum.
- Troy jedź na Daily Street - powiedział Amaros.
- Daily... tam jest klub Komandosa - zdziwił się Oszust.
- Znam kogoś, kto nam pomoże - odpowiedział mu chłopak, wpatrując się w Kursywę.
Dojechali na miejsce po 10 minutach. Samochód zatrzymał się przed klubem. Troy wybiegł szybko żeby otworzyć drzwi z tyłu. Amaros wyszedł i krzyknął do ochroniarzy przed klubem, żeby przynieśli nosze. Ekipa, nie zauważyła nawet, że Ci nie zdziwili się na dziwną prośbę ich kolegi. Po chwili z budynku wybiegło dwóch ludzi z noszami. Zabrali dziewczynę ze sobą i zniknęli w drzwiach.
- Dzwońcie po resztę ekipy - powiedział Amaros, nie patrząc na nikogo konkretnego.
Siedzieli na korytarzu od ponad trzech godzin. Każdy martwił się o koleżankę, ale też rzucali ukradkowe spojrzenia na Amara, który co chwilę chodził zapalić. Podczas jego nieobecności Luna wyraziła ich obawy.
- To nie był dobry pomysł, żeby puszczać go na akcję - powiedziała cicho.
- Był odpowiedzialny za wiązanie lin - mruknęła jej siostra, a wszyscy na nią spojrzeli.
- Nie możemy go o nic oskarżać, bo stracimy swoje zaufanie - warknęła na nich Silver.
- Sama widzisz co się stało z Kursywą - odpowiedziała jej Luna.
- Chcesz nam wmówić, że to jego wina?
- Nie, ale... - schowała twarz w dłoniach. - Sami widzicie jak to się potoczyło. Nie był na to gotowy.
Nie zdawali sobie sprawy, że chłopak stał za rogiem i ich słyszał. Po tej akcji nie odzyska ich zaufania. Zdawał sobie z tego sprawę. Chciał odejść, żeby nie narażać ich więcej na swoje towarzystwo, ale chciał też dowiedzieć się co z Kursywą. Wziął głęboki oddech i do nich wrócił, nie dając po sobie poznać, że coś usłyszał.
Po kilku godzinach wyczekiwania w ciszy, drzwi od sali otworzyły się i wyszedł do nich nieznany im lekarz. Po jego minie nie mogli nic wywnioskować.
- Co z nią? - spytał Tek.
- Będzie żyła - odpowiedział im, ale jego głos dał im do zrozumienia, że jest drugie dno tej wiadomości.
- Ale... - spojrzał na nich, a oni wyczekiwali w napięciu. - Niestety nie udało nam się uratować kręgosłupa. Straciła czucie od pasa w dół.
Ta wiadomość wstrząsnęła ekipą. Dziewczyny zaczęły płakać, a Troy usiadł nie mogąc ustać o własnych siłach. Pierwsza akcja na której był i zakończyła się taką tragedią. Teraz wszystkie oczy skierowały się na Amarosa, który czuł ogromne wyrzuty sumienia.
- Możemy z nią porozmawiać? - spytał.
- Tylko jedna osoba - odpowiedział lekarz - nie może się przemęczać.
- Idę - powiedziała Silver - zaczekajcie tu.
Silver siedziała za drzwiami od 20 minut, a ekipa nie mogła znaleźć sobie miejsca. Siostry płakały cicho w kącie, a chłopaki siedzieli na krzesłach patrząc się tępo w ścianę przed sobą. W końcu Luna nie wytrzymała.
- Jak mogłeś! - krzyknęła zrywając się z miejsca. Podbiegła do Amarosa i zdzieliła go ręką po twarzy. Nie zareagował. Miała pełne prawo mieć do niego pretensje.
- Najpierw chlejesz dwa tygodnie, a później idziesz na akcję narażając życie przyjaciół! Nienawidzę Cię! - darła się już na cały korytarz, a łzy sprawiały, że ledwo widziała na oczy. Zamachnęła się ponownie, żeby go uderzyć, ale powstrzymał ją Oszust kręcąc głową. Przytuliła się do niego, dalej płacząc jak małe dziecko.
- Słyszałem co mówiliście - odezwał się niespodziewanie. - Rozumiem was. Przeproście ode mnie Kursywę - powiedział wstając i odchodząc.
- Zostań - Oszust rzucił do niego cicho. - Ona by tego nie chciała. Zrozumie. - Amaros zawahał się na te słowa. Postanowił zostać. Usiadł w bezpiecznej odległości od złowrogich spojrzeń Luny i zatopił się w swoich myślach.
Nie wiedzieli ile czasu minęło, kiedy drzwi od sali otworzyły się ponownie i wyszła z nich Silver, pchając przed sobą Kursywę, która siedziała na wózku. Amaros uniósł lekko wzrok i serce mu stanęło na ten widok. Co ja zrobiłem. Złapał się za głowę, ale musiał się z tym zmierzyć. Wszyscy do niej podeszli, zaczęli ściskać i pocieszać, że jakoś to będzie, ale ona patrzyła na niego. Nie widział w jej wzroku nienawiści tylko... błaganie? Czegoś tu nie rozumiał.
- Przepraszam - powiedział cicho, patrząc jej prosto w oczy. Podszedł do niej i klęknął wtulając się w jej nogi.
- Nie - odpowiedziała, podnosząc mu głowę do góry - to ja przepraszam - z jej oczu poleciały łzy.
- Bałam się w jakim jesteś stanie - odwróciła wzrok i wzięła głęboki oddech bojąc się jego reakcji - kiedy nie patrzyłeś, odwiązałam twój supeł i zawiązałam sobie linę sama.
Chłopakowi po tych słowach całkowicie odebrało mowę. Reszta ekipy patrzyła teraz na niego z oczami pełnymi smutku. Jak mogli mu nie ufać? Największe wyrzuty sumienia miała Luna. Chciała go przytulić, pocieszyć, przeprosić, ale nim ktokolwiek uczynił jakiś gest, Amar wstał szybkim ruchem i skierował się do drzwi. Nie odwracając się do nich plecami, cały czas szedł tyłem patrząc z niedowierzaniem. Nie zauważył, że drzwi za nim otworzyły się szeroko i stanął w nich wysoki mężczyzna.
- Komandos - powiedziała równocześnie zdumiona ekipa.
sobota, 12 sierpnia 2017
Rozdział 2. Dlaczego?
*w chwili obecnej*
- Wstawać wszyscy! - krzyknął na cały dom Oszust. - Szybko!
- Co się drzesz? - spytała zaspana Silver.
- Nie ma Amarosa - na to stwierdzenie wszyscy się rozbudzili. - Tek szybko sprawdź bronie. G leć do garażu czy są wszystkie auta.
Wszyscy siedzieli w salonie kompletnie rozbudzeni, czekając aż wrócą Tek i Gt. Po chwili zobaczyli ich jak wchodzą szybko, a złe wieści były wypisane na ich twarzach.
- Zniknął Colt i tłumik - powiedział Tek.
- Jego Impreza też zniknęła - potwierdził Gtr
*dzień wcześniej*
- Musimy oddać im Touarega, tutaj nawet nie ma się nad czym zastanawiać - powiedział Oszust.
- Mnie zastanawia czemu ten samochód jest taki ważny dla Komandosa - rzuciła Fatum, rozglądając się po zebranych.
- Na pewno nie dlatego, że jest fanem Volkswagenów - burknął Gt - ogarnął by sobie nowego.
- Coś musi być w tym samochodzie szczególnego - wtrącił się Troy - nie sprawdzaliście go? - spojrzał na ekipę.
- Samochód jak samochód - zastanowił się Oszust. - Amar go zawinął z transportu i odstawił na hangar. Nawet nie sprowadzaliśmy go na poligon.
- Nowy dobrze myśli - mówił Gt patrząc na Troya. - Ile mamy czasu, żeby wyruszyć?
- Wy nigdzie nie jedziecie - Amaros wrócił z papierosa. - Nie chce ryzykować, że komuś stanie się krzywda. - Silver chciała już się z nim kłócić, ale Oszust uciszył ją spojrzeniem.
- G idź sprawdzić samochód i przygotuj go do jazdy - na jego słowa mechanik skinął głową i odszedł.
- To jakieś bzdury! - wybuchnęła nagle Luna. - Nic mi tu nie pasuje. Dlaczego on grozi Twojej siostrze, a nie nam.
- Ta sytuacja zrobiła się zbyt kłopotliwa - dorzucił Tek przytomnie.
- Zdaje sobie sprawę, że nie przestraszę się jego pogróżek - teraz Liam patrzył na nich - ale wie też, że dla bliskich zrobię wszystko - dodał cicho.
- Cios poniżej pasa, godny takiego fagasa - wkurzyła się Kursywa.
Po tym stwierdzeniu ekipa pogrążyła się we własnych myślach. Siedzieli w milczeniu, czekając aż Gtr wróci z hangaru z samochodem, który spowodował tyle zamieszania.
Mechanik stał przy samochodzie z zadowoloną miną. Zakończył swe obrzędy. Stał w niebieskim świetle rzucanym przez żarówkę, oddychając ciężko, przejęty swym odkryciem, które leżało przed nim odbijając światło. Trzeba wrócić do ekipy i podzielić się tym z nimi. W jego umyśle nawet przez chwilę nie pojawiła się żądza żeby uciec. Wiedział, że ekipa mu ufa, tak samo jak on ekipie. To było dla nich ważniejsze niż bogactwa całego świata, a nie wątpił, że teraz byłby bogaty.
Usłyszeli samochód na podjeździe, a ich oczy skierowały się ku drzwiom wejściowym, w których po chwili zjawił się Gtr z miną świadczącą o sukcesie w poszukiwaniach.
- Nie uwierzycie - podszedł szybkim krokiem i rzucił na stolik ciężką torbę.
- Co to? - zaciekawiła się Fatum zaglądając do środka. Kiedy otworzyła torbę, wszystkim odebrało mowę. - Czy to...?
- Złoto!- wykrzyczał Gt nie kryjąc szerokiego uśmiechu. - Trzydzieści sześć kilogramów czystego złota!
- Przecież to kupa szmalu - nie krył zdziwienia Troy.
- Nie możemy tego zatrzymać - powiedziała Silver, która jako jedyna się opanowała. Nie rozumieli o co jej chodzi, kiedy wskazała na Amarosa, który stał przy oknie i nawet nie był ciekawy co kryje się w torbie. - Najważniejsza jest Lilly, a złoto zawsze możemy wykraść.
Ekipa zgodziła się z jej zdaniem. Troy powoli zaczynał rozumieć ich relacje. Sydney chciała, żeby dogadał się ze swoim wrogiem co na początku nawet nie chciało mu przejść przez gardło. Zrozumiał czym jest zaufanie i bezgraniczne oddanie. Oni nie byli tylko kolegami czy zwykłymi przyjaciółmi. Byli rodziną, a on miał zaszczyt do niej dołączyć. Nawet nie wiedział kiedy wstał i podszedł do Amarosa. Wyciągnął do niego rękę ze wszystkimi uczuciami wypisanymi w jego oczach. Amar zrozumiał. Uścisnął mu rękę.
- Zbieram się - powiedział po chwili.
- Jedziemy z Tobą - mówiła do niego Luna, a reszta ekipy stanęła przed nim zagradzając mu drogę. Wiedział, że nie odpuszczą. Skinął głową i wszyscy razem poszli do garażu po samochody.
- Prędzej, do diabła - Amaros poganiał samochód, którym jechał. Był przyzwyczajony do swojego Subaru, a ten SUV jechał jak żółw.
- Kurwa - usłyszał jak Fatum klnie przez radio, ze swojego niebieskiego Porsche 911.
- No nigdzie nie ma! - usłyszeli jej pasażerkę Lunę - mówię Ci patrzyłam w schowku i pod siedzeniami. Pusto.
- Chłopaki mamy problem - głos z radia był podłamany - zapomniałyśmy broni.
- Nie! - teraz rozległy się przekleństwa z Lancera Silver - u nas też nikt nie wziął. Rozglądała się błagalnie po swoich pasażerach, ale nikt nie wyprowadził jej z błędu.
- Każdy skupił się by wymienić już auto na Lilly i na złocie - powiedział z tylnego siedzenia Tek.
- Źle się stało, że każdy zapomniał spluwy - załamał się Gt.
- Nie mamy czasu, żeby zawrócić - przez radio potwierdził Oszust. Jechał sam swoją Suprą. W drodze powrotnej miał zabrać ze sobą Amara i Lilly.
- Będzie dobrze - pocieszył ich chłopak z SUVa - zabrałem dwa pistolety. Dam jeden Tekowi i jeden Oszustowi. Będą nas ubezpieczać. - Sam jednak po wypowiedzeniu tych słów nie poczuł się bezpieczniej. Najbardziej obawiał się o siostrę.
- Broń nic nam nie pomoże - usłyszeli jeszcze Oszusta. - Trzeba zachować spokój.
Dojechali na wyznaczone miejsce 20 minut przed czasem. Amaros usiadł na masce Toyoty Oszusta. Nasłuchiwał. Z nerwów palił już czwartego papierosa, nie zważając na to, że powoli go mdliło. Usłyszał odległe toczenie się opon po ziemi i ciche jęki silnika. Po chwili na parking wjechały trzy czarne BMW. Drzwi od samochodów otworzyły i się i powoli zaczęli wysiadać kolesie z automatami w rękach. Na końcu wysiadł Smutny wyciągając siłą siostrę Amara z samochodu. Stanął przed nimi zasłaniając się nią od ewentualnego strzału.
- Widzę, że się pojawiłeś - uśmiechał się drwiąco.
- Nie dałeś mi wyboru - syknął Amaros. - I zdecydowałeś za mnie.
- Niezupełnie - odrzekł - zawsze mogłeś nie przyjechać.
- Zdrajca! - krzyknęła Silver nim ktokolwiek zdążył ją uciszyć na co Smutny się roześmiał.
- Kluczyki - powiedział bez zbędnego wstępu. Chłopak zaczął powoli iść w jego stronę.
- Stój - zarządził Smutny i wskazał na kogoś obok. - Idź po nie i jedź w wyznaczone miejsce.
- Najpierw Lilly - powiedział Amaros.
- Nie jesteś w zbyt komfortowej sytuacji żeby rozkazywać. Dostanę sygnał, ze samochód jest odstawiony to ja puszczę.
Kumpel Smutnego wyrwał mu kluczyki z rąk i poszedł po samochód. Kiedy opuścił parking panowała napięta atmosfera. Ekipa wyczekiwała w napięciu. Do Smutnego zadzwonił telefon, a ten po przeprowadzonej rozmowie kazał chłopakom się zwijać. Sam powoli zmierzał do samochodu dalej zasłaniając się Lilly. Kiedy dotarł do drzwi puścił ją.
- Możesz iść - uśmiechnął się złowrogo - tylko powoli. - Lilly zaczęła iść w stronę brata na początku wolno, przyspieszając z każdym krokiem. Była już na wyciągnięcie ręki i uśmiech zagościł na jej twarzy.
Strzał.
Usłyszała przez drzwi jak jej brat płacze. Weszła do niego do pokoju i zobaczyła go jak siedzi na łóżku z podwiniętymi nogami, a jego broda opiera się o kolana. Miał drgawki od szlochu jaki przechodził przez jego gardło. Usiadła obok, a on wtulił się w nią mocno. Był dopiero w 5 klasie podstawówki. Jako 11 latek nie mógł sobie poradzić z szokiem wywołanym śmiercią ojca. Kiedy żył nie odstępował go na krok. Zawsze towarzyszył mu w codziennych czynnościach i pomagał jak tylko umiał.
- Dlaczego - wyszeptał w jej szyję, a ona poczuła ciepło oddechu. Jego łzy spływały po niej powoli wpadając za koszulkę, ale się tym nie przejmowała. Nie wiedziała co odpowiedzieć na jego pytanie.
Liam nie cieszył się jak zwykle na nowy rok szkolny. Miał iść do gimnazjum, a ona zaczynała wymarzone studia. Wiedziała, że jest mu ciężko po tym jak przestał się przyjaźnić z Troyem. Kłopoty zaczynały się już pod koniec 6 klasy, kiedy zjawił się trener gimnazjalnej drużyny koszykówki w poszukiwaniu młodzików na nowy sezon. Obaj z Troyem chcieli być rozgrywającymi. Gra, którą kochali ich poróżniła. Śmierć ojca też nie ułatwiała mu życia. Znienawidził kosza, ale ona go namawiała, żeby się nie poddawał. Zaczęła z nim chodzić na boisko do parku. Nie rozumiała decyzji trenera, że nie wybrał go do drużyny.
- Dlaczego - znowu zadał to pytanie, a ona nie wiedziała co odpowiedzieć.
Mama znalazła sobie nowego mężczyznę. Spytała ich pierw o zdanie, a oni zgodnie powiedzieli, że chcą by była szczęśliwa. Mark był w stosunku do nich miły i zawsze przynosił różne prezenty, kiedy wpadał w odwiedziny. Po jakimś czasie zamieszkał z nimi. Wzięli ślub cywilny. Mama odzyskała radość życia. Po miesiącu sielanki Mark wrócił z baru gdzie pił z kolegami. Lilly była sama w domu, więc poprosił ją by zaprowadziła go na górę do sypialni. Gdy byli już na miejscu zaczął się do niej dobierać. Próbowała go odepchnąć, jednak była zbyt słaba. Wtedy zgwałcił ją pierwszy raz. Mama z Liamem wrócili z zakupów. Lilly leżała u siebie na łóżku patrząc z pustką w ochach w sufit. Łzy leciały mimo woli, ale nawet nie próbowała ich powstrzymać. Liam wbiegł wesoły do jej pokoju pochwalic się nową gra na komputer, ale kiedy ją zobaczył spoważniał. Chciał wiedzieć czemu płacze.
- Dlaczego - spytał ponownie, a ona nie wiedziała co odpowiedzieć.
W domu bywała bardzo rzadko. Nawet nie potrafiła już nazwać tego miejsca swoim domem. Starała się mieszkać jak najwięcej u koleżanek, albo w hotelach. Bała się tam wracać, bo on za każdym razem wykorzystał sytuację. Potwór. Przez niego próbowała się zabić, ale uratowały ją koleżanki. Żałowała, że im się udało. Wiedziała, że bije chłopaka, ale nie miała siły zareagować. Była zbyt słaba. Tego dnia stała pod domem bardzo długo. Chciała zabrać resztę rzeczy i czekała, aż ich ojczym wyjdzie do baru. Widziała jak wychodzi z domu, chciała się na niego rzucić, zadać mu ból, zabić. Poddała się. Zapadła się w sobie, a z jej oczu popłynęły łzy bezsilności. Była już u siebie w pokoju i szybko pakowała co potrzebne do torby, tak by nikt jej nie zauważył. Bardziej wyczuła niż zobaczyła, że ktoś stoi w drzwiach. Odwróciła się. Zobaczyła Liama. Z ust płynęła mu krew, ale on się nią nie przejmował. Wydoroślał. Powinien mieć normalne dzieciństwo, a nie żyć z takim potworem pod jednym dachem. Zauważył, że się pakuje. Wiedział, że ucieka i go zostawia. Widziała to w jego oczach.
- Dlaczego - zapytał, a ona odwróciła wzrok. Nie wiedziała co odpowiedzieć.
Złapali ją gdy wracała od koleżanki do pokoju w hotelu. Zrozumiała tylko, że wiozą ja do jakiegoś Smutnego i jeżeli jej brat będzie współpracował ona wyjdzie z tego cało. W co on się wplątał? Zamknęli ją w ciemnym pomieszczeniu gdzie stało tylko krzesło. Co jakiś czas przynosili jej szklankę wody i kromkę chleba. Nie miała pojęcia ile czasu tam przesiedziała. Pewnego dnia wyciągnęli ją i wyprowadzili na dwór. Nie wiedziała gdzie jest, nawet nie zdążyła się rozejrzeć gdy wepchnęli ją siłą do jakiegoś czarnego samochodu. Jechali dość długo, a ona miała z każda chwilą większe obawy co się z nią stanie. Dojechali chyba na miejsce, bo ludzie dookoła zaczęli wysiadać. Na końcu wysiadł mężczyzna, który trzymał ją całą drogę za łokieć. Za nim wyciągnął ją z samochodu zdążył powiedzieć do niej "szkoda, taka ładna dziewczyna". Jego spojrzenie jednak, nie wyrażało by było mu jej szkoda.
- Widzę, że się pojawiłeś
- Nie dałeś mi wyboru - syknął Liam, a jej serce zabiło mocniej na widok brata. - I zdecydowałeś za mnie.
- Niezupełnie, zawsze mogłeś nie przyjechać.
- Zdrajca! - krzyknęła jakaś dziewczyna.
- Kluczyki - po tych słowach jej brat zaczął do nich iść.
- Stój. Idź po nie i jedź w wyznaczone miejsce. - stojący obok niej mężczyzna poszedł odebrać kluczyki.
- Najpierw Lilly - powiedział jej brat, a ona nie mogła się nadziwić jak wydoroślał. Miał dopiero 17 lat. Łzy nieśmiało popłynęły jej z oczy, kiedy uświadomiła sobie, że przez ostatnie 4 lata unikała kontaktu z nim, a on teraz dla niej ryzykował życiem.
- Nie jesteś w zbyt komfortowej sytuacji żeby rozkazywać. Dostanę sygnał, ze samochód jest odstawiony to ja puszczę.
Po pewnym czasie, ktoś zadzwonił, a ona została puszczona wolno. Chciała od razu biec i uściskać brata. Przeprosić za te wszystkie lata. Zapewnić go, że nadrobią wszystko. Była już tak blisko, kiedy usłyszała huk wystrzału. Nie zrozumiała co się dzieje. Skąd ten nagły ból w kręgosłupie i klatce piersiowej? Powoli zaczęła się osuwać na kolana. Słyszała niewyraźny krzyk swojego brata. Ich oczy spotkały się ze sobą. Zobaczyła w nich strach, smutek, żal, ale też niewypowiedziane pytanie.
- Dlaczego - jego oczy pytały za niego, a ona tym razem wiedziała co odpowiedzieć. Wiedziała, że to jest pożegnanie. Nie miała żadnego alibi, żeby nie odpowiedzieć na to nieme pytanie. Chciała zmyć z siebie te kłamstwa.
Dobiegł do niej i złapał nim upadła. Krew przesiąknęła już przez materiał i zaczęła kapać na ziemię.
- Nie, nie, nie - usłyszała jego głos jak by z oddali - Lilly wytrzymaj.
- Liam - wyszeptała, a on nią spojrzał. Płakał. Jego łzy mówiły wszystko. Wyrażały w jakim jest stanie. Ona i on. Brat i siostra.
- Nie mam już siły, nie mam siły by zmierzyć się z tym co zrobiłam - szeptała do niego - nie mogę przekreślić już tego czym się stałam przez tego człowieka - jej głos słabł z każdym słowem - pozwól mi odejść, nie ważne, że boli - łzy popłynęły jej z oczu - chcę zacząć od nowa, chcę się uwolnić od demonów przeszłości - po tych słowach powoli zamknęła oczy, a jej serce przestało bić.
*w chwili obecnej*
Stał przy barku ze szklanką whisky w ręku. Był wysokim mężczyzną po 50, a czarny garnitur tylko podkreślał jego wzrost. Usłyszał za plecami jak ktoś odbezpiecza broń. Czekał na tą chwilę w milczeniu. Wiedział, ze to nastąpi.
- To nie rozwiąże twoich problemów - powiedział, nie odwracając się do osoby za nim.
- Zginęła przez ciebie - wyszeptał Amaros głosem przepełnionym goryczą i nienawiścią.
- Smutny mnie zwiódł tak samo jak ciebie - mówił dalej się nie odwracając. - Popełniasz błąd, którego później będziesz żałował.
- Zabije cię - wysyczał. Starszy mężczyzna odwrócił się do niego przodem. Amaros podniósł broń i wycelował prosto w głowę Komandosa.
- Gdzie on może być! - krzyczała Silver co chwilę szarpiąc się nerwowo za włosy. - Idziemy go szukać!
- Nie - powiedział przytomnie Oszust. - Nie wiemy gdzie jest. To jak szukanie igły w stogu siana.
- AGGRRR - krzyknęła z bezsilności.
Usłyszeli samochód wjeżdżający na podjazd, a po chwili trzaśnięcie drzwiami. Do domu wszedł Amaros z pistoletem w ręku. Wszyscy patrzyli na niego, ale nikt nie odważył się odezwać. Widzieli w jego oczach rządzę mordu przez którą przebijał się nieopisany smutek. Podszedł do stolika i nalał sobie wódki do kubka, którą wypił jednym tchem.
- Gdzie byłeś? - spytała nieśmiało Fatum.
- U Komandosa. - jego odpowiedź ich zszokowała, a broń wszystko wyjaśniła. Złamał przysięgę ekipy i zabił.
- Wstawać wszyscy! - krzyknął na cały dom Oszust. - Szybko!
- Co się drzesz? - spytała zaspana Silver.
- Nie ma Amarosa - na to stwierdzenie wszyscy się rozbudzili. - Tek szybko sprawdź bronie. G leć do garażu czy są wszystkie auta.
Wszyscy siedzieli w salonie kompletnie rozbudzeni, czekając aż wrócą Tek i Gt. Po chwili zobaczyli ich jak wchodzą szybko, a złe wieści były wypisane na ich twarzach.
- Zniknął Colt i tłumik - powiedział Tek.
- Jego Impreza też zniknęła - potwierdził Gtr
*dzień wcześniej*
- Musimy oddać im Touarega, tutaj nawet nie ma się nad czym zastanawiać - powiedział Oszust.
- Mnie zastanawia czemu ten samochód jest taki ważny dla Komandosa - rzuciła Fatum, rozglądając się po zebranych.
- Na pewno nie dlatego, że jest fanem Volkswagenów - burknął Gt - ogarnął by sobie nowego.
- Coś musi być w tym samochodzie szczególnego - wtrącił się Troy - nie sprawdzaliście go? - spojrzał na ekipę.
- Samochód jak samochód - zastanowił się Oszust. - Amar go zawinął z transportu i odstawił na hangar. Nawet nie sprowadzaliśmy go na poligon.
- Nowy dobrze myśli - mówił Gt patrząc na Troya. - Ile mamy czasu, żeby wyruszyć?
- Wy nigdzie nie jedziecie - Amaros wrócił z papierosa. - Nie chce ryzykować, że komuś stanie się krzywda. - Silver chciała już się z nim kłócić, ale Oszust uciszył ją spojrzeniem.
- G idź sprawdzić samochód i przygotuj go do jazdy - na jego słowa mechanik skinął głową i odszedł.
- To jakieś bzdury! - wybuchnęła nagle Luna. - Nic mi tu nie pasuje. Dlaczego on grozi Twojej siostrze, a nie nam.
- Ta sytuacja zrobiła się zbyt kłopotliwa - dorzucił Tek przytomnie.
- Zdaje sobie sprawę, że nie przestraszę się jego pogróżek - teraz Liam patrzył na nich - ale wie też, że dla bliskich zrobię wszystko - dodał cicho.
- Cios poniżej pasa, godny takiego fagasa - wkurzyła się Kursywa.
Po tym stwierdzeniu ekipa pogrążyła się we własnych myślach. Siedzieli w milczeniu, czekając aż Gtr wróci z hangaru z samochodem, który spowodował tyle zamieszania.
Mechanik stał przy samochodzie z zadowoloną miną. Zakończył swe obrzędy. Stał w niebieskim świetle rzucanym przez żarówkę, oddychając ciężko, przejęty swym odkryciem, które leżało przed nim odbijając światło. Trzeba wrócić do ekipy i podzielić się tym z nimi. W jego umyśle nawet przez chwilę nie pojawiła się żądza żeby uciec. Wiedział, że ekipa mu ufa, tak samo jak on ekipie. To było dla nich ważniejsze niż bogactwa całego świata, a nie wątpił, że teraz byłby bogaty.
Usłyszeli samochód na podjeździe, a ich oczy skierowały się ku drzwiom wejściowym, w których po chwili zjawił się Gtr z miną świadczącą o sukcesie w poszukiwaniach.
- Nie uwierzycie - podszedł szybkim krokiem i rzucił na stolik ciężką torbę.
- Co to? - zaciekawiła się Fatum zaglądając do środka. Kiedy otworzyła torbę, wszystkim odebrało mowę. - Czy to...?
- Złoto!- wykrzyczał Gt nie kryjąc szerokiego uśmiechu. - Trzydzieści sześć kilogramów czystego złota!
- Przecież to kupa szmalu - nie krył zdziwienia Troy.
- Nie możemy tego zatrzymać - powiedziała Silver, która jako jedyna się opanowała. Nie rozumieli o co jej chodzi, kiedy wskazała na Amarosa, który stał przy oknie i nawet nie był ciekawy co kryje się w torbie. - Najważniejsza jest Lilly, a złoto zawsze możemy wykraść.
Ekipa zgodziła się z jej zdaniem. Troy powoli zaczynał rozumieć ich relacje. Sydney chciała, żeby dogadał się ze swoim wrogiem co na początku nawet nie chciało mu przejść przez gardło. Zrozumiał czym jest zaufanie i bezgraniczne oddanie. Oni nie byli tylko kolegami czy zwykłymi przyjaciółmi. Byli rodziną, a on miał zaszczyt do niej dołączyć. Nawet nie wiedział kiedy wstał i podszedł do Amarosa. Wyciągnął do niego rękę ze wszystkimi uczuciami wypisanymi w jego oczach. Amar zrozumiał. Uścisnął mu rękę.
- Zbieram się - powiedział po chwili.
- Jedziemy z Tobą - mówiła do niego Luna, a reszta ekipy stanęła przed nim zagradzając mu drogę. Wiedział, że nie odpuszczą. Skinął głową i wszyscy razem poszli do garażu po samochody.
- Prędzej, do diabła - Amaros poganiał samochód, którym jechał. Był przyzwyczajony do swojego Subaru, a ten SUV jechał jak żółw.
- Kurwa - usłyszał jak Fatum klnie przez radio, ze swojego niebieskiego Porsche 911.
- No nigdzie nie ma! - usłyszeli jej pasażerkę Lunę - mówię Ci patrzyłam w schowku i pod siedzeniami. Pusto.
- Chłopaki mamy problem - głos z radia był podłamany - zapomniałyśmy broni.
- Nie! - teraz rozległy się przekleństwa z Lancera Silver - u nas też nikt nie wziął. Rozglądała się błagalnie po swoich pasażerach, ale nikt nie wyprowadził jej z błędu.
- Każdy skupił się by wymienić już auto na Lilly i na złocie - powiedział z tylnego siedzenia Tek.
- Źle się stało, że każdy zapomniał spluwy - załamał się Gt.
- Nie mamy czasu, żeby zawrócić - przez radio potwierdził Oszust. Jechał sam swoją Suprą. W drodze powrotnej miał zabrać ze sobą Amara i Lilly.
- Będzie dobrze - pocieszył ich chłopak z SUVa - zabrałem dwa pistolety. Dam jeden Tekowi i jeden Oszustowi. Będą nas ubezpieczać. - Sam jednak po wypowiedzeniu tych słów nie poczuł się bezpieczniej. Najbardziej obawiał się o siostrę.
- Broń nic nam nie pomoże - usłyszeli jeszcze Oszusta. - Trzeba zachować spokój.
Dojechali na wyznaczone miejsce 20 minut przed czasem. Amaros usiadł na masce Toyoty Oszusta. Nasłuchiwał. Z nerwów palił już czwartego papierosa, nie zważając na to, że powoli go mdliło. Usłyszał odległe toczenie się opon po ziemi i ciche jęki silnika. Po chwili na parking wjechały trzy czarne BMW. Drzwi od samochodów otworzyły i się i powoli zaczęli wysiadać kolesie z automatami w rękach. Na końcu wysiadł Smutny wyciągając siłą siostrę Amara z samochodu. Stanął przed nimi zasłaniając się nią od ewentualnego strzału.
- Widzę, że się pojawiłeś - uśmiechał się drwiąco.
- Nie dałeś mi wyboru - syknął Amaros. - I zdecydowałeś za mnie.
- Niezupełnie - odrzekł - zawsze mogłeś nie przyjechać.
- Zdrajca! - krzyknęła Silver nim ktokolwiek zdążył ją uciszyć na co Smutny się roześmiał.
- Kluczyki - powiedział bez zbędnego wstępu. Chłopak zaczął powoli iść w jego stronę.
- Stój - zarządził Smutny i wskazał na kogoś obok. - Idź po nie i jedź w wyznaczone miejsce.
- Najpierw Lilly - powiedział Amaros.
- Nie jesteś w zbyt komfortowej sytuacji żeby rozkazywać. Dostanę sygnał, ze samochód jest odstawiony to ja puszczę.
Kumpel Smutnego wyrwał mu kluczyki z rąk i poszedł po samochód. Kiedy opuścił parking panowała napięta atmosfera. Ekipa wyczekiwała w napięciu. Do Smutnego zadzwonił telefon, a ten po przeprowadzonej rozmowie kazał chłopakom się zwijać. Sam powoli zmierzał do samochodu dalej zasłaniając się Lilly. Kiedy dotarł do drzwi puścił ją.
- Możesz iść - uśmiechnął się złowrogo - tylko powoli. - Lilly zaczęła iść w stronę brata na początku wolno, przyspieszając z każdym krokiem. Była już na wyciągnięcie ręki i uśmiech zagościł na jej twarzy.
Strzał.
Usłyszała przez drzwi jak jej brat płacze. Weszła do niego do pokoju i zobaczyła go jak siedzi na łóżku z podwiniętymi nogami, a jego broda opiera się o kolana. Miał drgawki od szlochu jaki przechodził przez jego gardło. Usiadła obok, a on wtulił się w nią mocno. Był dopiero w 5 klasie podstawówki. Jako 11 latek nie mógł sobie poradzić z szokiem wywołanym śmiercią ojca. Kiedy żył nie odstępował go na krok. Zawsze towarzyszył mu w codziennych czynnościach i pomagał jak tylko umiał.
- Dlaczego - wyszeptał w jej szyję, a ona poczuła ciepło oddechu. Jego łzy spływały po niej powoli wpadając za koszulkę, ale się tym nie przejmowała. Nie wiedziała co odpowiedzieć na jego pytanie.
Liam nie cieszył się jak zwykle na nowy rok szkolny. Miał iść do gimnazjum, a ona zaczynała wymarzone studia. Wiedziała, że jest mu ciężko po tym jak przestał się przyjaźnić z Troyem. Kłopoty zaczynały się już pod koniec 6 klasy, kiedy zjawił się trener gimnazjalnej drużyny koszykówki w poszukiwaniu młodzików na nowy sezon. Obaj z Troyem chcieli być rozgrywającymi. Gra, którą kochali ich poróżniła. Śmierć ojca też nie ułatwiała mu życia. Znienawidził kosza, ale ona go namawiała, żeby się nie poddawał. Zaczęła z nim chodzić na boisko do parku. Nie rozumiała decyzji trenera, że nie wybrał go do drużyny.
- Dlaczego - znowu zadał to pytanie, a ona nie wiedziała co odpowiedzieć.
Mama znalazła sobie nowego mężczyznę. Spytała ich pierw o zdanie, a oni zgodnie powiedzieli, że chcą by była szczęśliwa. Mark był w stosunku do nich miły i zawsze przynosił różne prezenty, kiedy wpadał w odwiedziny. Po jakimś czasie zamieszkał z nimi. Wzięli ślub cywilny. Mama odzyskała radość życia. Po miesiącu sielanki Mark wrócił z baru gdzie pił z kolegami. Lilly była sama w domu, więc poprosił ją by zaprowadziła go na górę do sypialni. Gdy byli już na miejscu zaczął się do niej dobierać. Próbowała go odepchnąć, jednak była zbyt słaba. Wtedy zgwałcił ją pierwszy raz. Mama z Liamem wrócili z zakupów. Lilly leżała u siebie na łóżku patrząc z pustką w ochach w sufit. Łzy leciały mimo woli, ale nawet nie próbowała ich powstrzymać. Liam wbiegł wesoły do jej pokoju pochwalic się nową gra na komputer, ale kiedy ją zobaczył spoważniał. Chciał wiedzieć czemu płacze.
- Dlaczego - spytał ponownie, a ona nie wiedziała co odpowiedzieć.
W domu bywała bardzo rzadko. Nawet nie potrafiła już nazwać tego miejsca swoim domem. Starała się mieszkać jak najwięcej u koleżanek, albo w hotelach. Bała się tam wracać, bo on za każdym razem wykorzystał sytuację. Potwór. Przez niego próbowała się zabić, ale uratowały ją koleżanki. Żałowała, że im się udało. Wiedziała, że bije chłopaka, ale nie miała siły zareagować. Była zbyt słaba. Tego dnia stała pod domem bardzo długo. Chciała zabrać resztę rzeczy i czekała, aż ich ojczym wyjdzie do baru. Widziała jak wychodzi z domu, chciała się na niego rzucić, zadać mu ból, zabić. Poddała się. Zapadła się w sobie, a z jej oczu popłynęły łzy bezsilności. Była już u siebie w pokoju i szybko pakowała co potrzebne do torby, tak by nikt jej nie zauważył. Bardziej wyczuła niż zobaczyła, że ktoś stoi w drzwiach. Odwróciła się. Zobaczyła Liama. Z ust płynęła mu krew, ale on się nią nie przejmował. Wydoroślał. Powinien mieć normalne dzieciństwo, a nie żyć z takim potworem pod jednym dachem. Zauważył, że się pakuje. Wiedział, że ucieka i go zostawia. Widziała to w jego oczach.
- Dlaczego - zapytał, a ona odwróciła wzrok. Nie wiedziała co odpowiedzieć.
Złapali ją gdy wracała od koleżanki do pokoju w hotelu. Zrozumiała tylko, że wiozą ja do jakiegoś Smutnego i jeżeli jej brat będzie współpracował ona wyjdzie z tego cało. W co on się wplątał? Zamknęli ją w ciemnym pomieszczeniu gdzie stało tylko krzesło. Co jakiś czas przynosili jej szklankę wody i kromkę chleba. Nie miała pojęcia ile czasu tam przesiedziała. Pewnego dnia wyciągnęli ją i wyprowadzili na dwór. Nie wiedziała gdzie jest, nawet nie zdążyła się rozejrzeć gdy wepchnęli ją siłą do jakiegoś czarnego samochodu. Jechali dość długo, a ona miała z każda chwilą większe obawy co się z nią stanie. Dojechali chyba na miejsce, bo ludzie dookoła zaczęli wysiadać. Na końcu wysiadł mężczyzna, który trzymał ją całą drogę za łokieć. Za nim wyciągnął ją z samochodu zdążył powiedzieć do niej "szkoda, taka ładna dziewczyna". Jego spojrzenie jednak, nie wyrażało by było mu jej szkoda.
- Widzę, że się pojawiłeś
- Nie dałeś mi wyboru - syknął Liam, a jej serce zabiło mocniej na widok brata. - I zdecydowałeś za mnie.
- Niezupełnie, zawsze mogłeś nie przyjechać.
- Zdrajca! - krzyknęła jakaś dziewczyna.
- Kluczyki - po tych słowach jej brat zaczął do nich iść.
- Stój. Idź po nie i jedź w wyznaczone miejsce. - stojący obok niej mężczyzna poszedł odebrać kluczyki.
- Najpierw Lilly - powiedział jej brat, a ona nie mogła się nadziwić jak wydoroślał. Miał dopiero 17 lat. Łzy nieśmiało popłynęły jej z oczy, kiedy uświadomiła sobie, że przez ostatnie 4 lata unikała kontaktu z nim, a on teraz dla niej ryzykował życiem.
- Nie jesteś w zbyt komfortowej sytuacji żeby rozkazywać. Dostanę sygnał, ze samochód jest odstawiony to ja puszczę.
Po pewnym czasie, ktoś zadzwonił, a ona została puszczona wolno. Chciała od razu biec i uściskać brata. Przeprosić za te wszystkie lata. Zapewnić go, że nadrobią wszystko. Była już tak blisko, kiedy usłyszała huk wystrzału. Nie zrozumiała co się dzieje. Skąd ten nagły ból w kręgosłupie i klatce piersiowej? Powoli zaczęła się osuwać na kolana. Słyszała niewyraźny krzyk swojego brata. Ich oczy spotkały się ze sobą. Zobaczyła w nich strach, smutek, żal, ale też niewypowiedziane pytanie.
- Dlaczego - jego oczy pytały za niego, a ona tym razem wiedziała co odpowiedzieć. Wiedziała, że to jest pożegnanie. Nie miała żadnego alibi, żeby nie odpowiedzieć na to nieme pytanie. Chciała zmyć z siebie te kłamstwa.
Dobiegł do niej i złapał nim upadła. Krew przesiąknęła już przez materiał i zaczęła kapać na ziemię.
- Nie, nie, nie - usłyszała jego głos jak by z oddali - Lilly wytrzymaj.
- Liam - wyszeptała, a on nią spojrzał. Płakał. Jego łzy mówiły wszystko. Wyrażały w jakim jest stanie. Ona i on. Brat i siostra.
- Nie mam już siły, nie mam siły by zmierzyć się z tym co zrobiłam - szeptała do niego - nie mogę przekreślić już tego czym się stałam przez tego człowieka - jej głos słabł z każdym słowem - pozwól mi odejść, nie ważne, że boli - łzy popłynęły jej z oczu - chcę zacząć od nowa, chcę się uwolnić od demonów przeszłości - po tych słowach powoli zamknęła oczy, a jej serce przestało bić.
*w chwili obecnej*
Stał przy barku ze szklanką whisky w ręku. Był wysokim mężczyzną po 50, a czarny garnitur tylko podkreślał jego wzrost. Usłyszał za plecami jak ktoś odbezpiecza broń. Czekał na tą chwilę w milczeniu. Wiedział, ze to nastąpi.
- To nie rozwiąże twoich problemów - powiedział, nie odwracając się do osoby za nim.
- Zginęła przez ciebie - wyszeptał Amaros głosem przepełnionym goryczą i nienawiścią.
- Smutny mnie zwiódł tak samo jak ciebie - mówił dalej się nie odwracając. - Popełniasz błąd, którego później będziesz żałował.
- Zabije cię - wysyczał. Starszy mężczyzna odwrócił się do niego przodem. Amaros podniósł broń i wycelował prosto w głowę Komandosa.
- Gdzie on może być! - krzyczała Silver co chwilę szarpiąc się nerwowo za włosy. - Idziemy go szukać!
- Nie - powiedział przytomnie Oszust. - Nie wiemy gdzie jest. To jak szukanie igły w stogu siana.
- AGGRRR - krzyknęła z bezsilności.
Usłyszeli samochód wjeżdżający na podjazd, a po chwili trzaśnięcie drzwiami. Do domu wszedł Amaros z pistoletem w ręku. Wszyscy patrzyli na niego, ale nikt nie odważył się odezwać. Widzieli w jego oczach rządzę mordu przez którą przebijał się nieopisany smutek. Podszedł do stolika i nalał sobie wódki do kubka, którą wypił jednym tchem.
- Gdzie byłeś? - spytała nieśmiało Fatum.
- U Komandosa. - jego odpowiedź ich zszokowała, a broń wszystko wyjaśniła. Złamał przysięgę ekipy i zabił.
wtorek, 8 sierpnia 2017
Rozdział 1. Bratanie z wrogiem.
Pierwszy dzień lipca, w którym nie padało. Po niebie wciąż przemykały leniwie burzowe chmury, ale wylały już z siebie całą wodę. Czarnowłosy chłopak stał na chodniku z ciekawością przypatrując się swojemu odbiciu w kałuży. Usłyszał ciche piknięcie zegarka. Wybiła 22. Mimo takiej godziny oraz braku słońca jego oczy były przysłaniane przez ciemne okulary. Na głowie miał czapkę z daszkiem, na którą opadał luźno kaptur od bluzy. Wyraźnie na coś czekał. Zniecierpliwiony lekko tym, że osoba ta spóźnia się wyjął z kieszeni papierosy. Odpalił i zaciągnął się z błogim wyrazem na twarzy. Zawsze lubił zapalić gdy na coś czekał albo był zdenerwowany. Teraz te dwie sytuacje nałożyły się na siebie. Ledwie zaciągnął się drugi raz, gdy na końcu ulicy zobaczył światła od samochodu.
- Zawsze wiesz kiedy się pojawić - powiedział cicho sam do siebie.
Auto zatrzymało się wprost przed nim, a z środka usłyszał głośno puszczony rap. Nie trawił tej muzyki. Wolał lżejsze kawałki metalowe albo rock. Szyba odsunęła się powoli, a muzyka zaczęła sączyć się na całe osiedle. Nagle nastała cisza, a ktoś natarczywie wpatrywał się w niego z środka.
- Wsiadasz? - spytała dziewczyna, która siedziała za kierownicą.
Chłopak przez chwile zawahał się, co spostrzegła, ale dopalił papierosa szybkimi zaciągnięciami i już był w środku.
- Mówiłam Ci żebyś to rzucił - powiedziała ruszając z miejsca.
- Dobrze wiesz jak to lubię - odpowiedział nie patrząc w jej stronę. - To mnie uspokaja - dorzucił cicho.
Dziewczyna zauważyła, że z chłopakiem jest coś nie w porządku. Nie zachowywał się normalnie. Puściła z głośników Eminema czekając na reakcję chłopaka, ale ten nie zareagował, tylko naciągnął bardziej kaptur na głowę.
- Kurwa! - zatrzymała samochód z piskiem na środku ulicy, nie przejmując się tym, ze ktoś mógłby wjechać jej w tył. - Amar popatrz na mnie - powiedziała, ale chłopak nie zareagował.
- Amaros masz na mnie popatrzeć! - podniosła głos, a on odwrócił do niej głowę. - Zdejmuj te okulary - rozkazała.
Zaczął powoli drżącą ręką ściągać okulary. To co zobaczyła odebrało jej mowę na dobrą minutę.
- Przecież Ty prawie nie masz oka! - krzyknęła na niego. - Czemu mi nie powiedziałeś?
- Nie ma o czym - bąknął cicho.
- On Ci to zrobił?
Nieznacznie kiwnął głową, na potwierdzenie jej słów. Ona nie pytając go o zdanie podwinęła mu rękawy, żeby potwierdzić swoje obawy co do drżenia rąk. Całe były w siniakach.
- Gdzie jeszcze? - spytała.
- Tylko te miejsca - powiedział cicho, ale wiedział, że mu nie uwierzyła. Dźgnęła go lekko palcem w plecy, a ten wykrzywił się w grymasie bólu.
- Zabije go własnymi rękami - powiedziała wściekła.
- Nie - teraz już powiedział stanowczo. - To jest moja sprawa - spojrzał na nią zdrowym okiem, by upewnić się czy zrozumiała.
- Jak chcesz Amar, ale jak Cię ruszy jeszcze raz to go zajebie - na tym zakończyła rozmowę, wrzucając bieg.
Byli w połowie drogi do miejsca docelowego, kiedy dziewczyna postanowiła trochę odwrócić myśli chłopaka od wydarzeń z dnia dzisiejszego.
- Dzwoniła do Ciebie Sydney? - spytała.
- Tak, słyszałem, ze mamy kogoś nowego - odpowiedział. -Wiesz coś o nim?
- Wiem tylko, że ojciec wyrzucił go z domu, bo nie chciał wstąpić do mafii - powiedziała.
- A my to niby co? - uniósł zdziwiony brwi, na tyle ile pozwalało mu opuchnięte oko.
- Wiesz o co mi chodzi - powiedziała rozbawiona. - Poza tym, my nie zabijamy - spoważniała.
- Masz mu pomóc się zadomowić i nauczyć go podstaw.
- Dlaczego zawsze ja mam odjebać czarną robotę - powiedział zniesmaczony.
- No co Ty?! Przecież lubisz wyżywać się na ludziach, którzy doprowadzają Cię do szału - zaśmiała się. - A teraz nie braknie ku temu okazji.
- Silver - zaczął słodko.
- Mmm?
- Wiesz, ze jesteś dla mnie jak siostra? - spytał bardziej słodkim głosem.
- Pierdol się! On jest Twój - pokazała mu język.
- Dzięki - nachmurzył się. - Wielkie kurwa dzięki - udawał już obrażonego do samego końca podróży.
Dojechali na miejsce dziesięć minut później. Stanęli przed wielkim murowanym domem, który nazywali poligonem. Z przodu przypominał on normalny domek jednorodzinny, z ładną ścieżką prowadząca od furtki do drzwi wejściowych i podjazdem wyłożonym kostką brukową. Dookoła posesji był mur, na którym leniwie leżał drut kolczasty. Przy murze dumnie rosły równo przycięte tuje. Dla osoby postronnej był to zwykły dom, w którym dość często grała muzyka i odbywały się imprezy. Stał on jednak bardziej na uboczu z dala od sąsiadów, więc tym nawet nie chciało się dzwonić na policję z prośbą o interwencję. Z doświadczenia pewnego wścibskiego sąsiada i tak wiedzieli, że nie wiele by to dało.
Prawdziwego szoku doznali by dopiero gdyby dowiedzieli się co znajduje się w domu i bezpośrednio pod nim. W garażu pod ścianą stał stary fiat uno, ale nikt już nawet nie zwracał na niego uwagi. Na środku garażu znajdowała się specjalna winda wpasowana idealnie w podłogę, dzięki której można zjechać niżej. Tylko osoby, które wiedziały dokładnie gdzie ona jest, mogły z niej skorzystać. Pod ziemią stały prawdziwe samochody ekipy, których używali na akcje i wyścigi. Na zapleczu domu znajdowała się strzelnica oraz przyległy do niej pokój. W nim znajdowały się zapasy broni i amunicji, których wystarczyło by dla małej armii. Od pistoletów po karabiny typu AK-47. Nigdy nie użyli ich by zabijać, ale pomagały im podczas akcji. Drobne kradzieże, napady na sklepy jubilerskie, aż do wielkich skoków na banki i muzea z wartościowymi eksponatami.
Amaros z Silver weszli do domu, w którym sączyła się głośno muzyka Offspring, a połowa ekipy latała mając już mocno wypite. Amaros poszedł szybko na piętro do biura Sydney, żeby poznać nowy przydział. Wszedł bez pukania. Mama, jak nazywała ją ekipa siedziała za biurkiem i rozmawiała z chłopakiem o blond włosach do ramion. Miał wrażenie, że rozpoznawał ten głos. Obok, leniwie na kanapie wylegiwał się Oszust, który dostrzegł go jako pierwszy.
- Amaros brachu! - poderwał się by uściskać przyjaciela, ale ten szybko się odsunął. - Co jest?
- Nic - wykręcił się. - Muszę pogadać z Mamą, na czułości przyjdzie czas - wyszczerzył do niego zęby w uśmiechu.
- Sydney to ten nowy? - zwrócił się do kobiety.
- Tak Amarosku - odpowiedziała z błyskiem w oku. - Ale wy już się znacie.
Blondyn odwrócił się do niego przodem, a jego zamurowało.
- Kurwa! - krzyknął. - Chyba was do reszty pojebało?!
Oszust nie zrozumiał o co chodzi, ale Blondyn przechylił lekko głowę. Skądś znał ten głos. Tylko skąd?
- Liam, drzesz tak mordę, że Cię słychać na dole - wpadła Silver. - Nowy już Cię wkurwił? - uśmiechnęła się szeroko.
- Liam? - spytał chłopak. - Czekaj, czy Ty to?
Nie dokończył pytania, bo chłopak zaczął powoli ściągać kaptur. Zdjął też czapkę i okulary przeciwsłoneczne.
- Kurwa! - krzyknęli wszyscy równocześnie poza Silver, która już wiedziała o stanie chłopaka. Blondyn jednak krzyknął z innego powodu. Poznał go. Był to jego wróg numer jeden ze szkoły.
- Co Ci się stało?! - spytała Sydney.
- Nie przy nim - wskazał palcem na blondyna. - I nie będę go niczego uczył, żeby potem wpakował mi kulkę w plecy.
- Musiał bym być taką szują jak Ty Liam - odparł.
- Zamknij ryj Troy - warknął. - Nie masz tu nic do gadania.
- To wy się znacie? - spytała zaskoczona Silver.
- Tak.
- Nie - odpowiedzieli równocześnie.
- To w końcu jak? - spytała ponownie.
- Nie.
- Tak. - odpowiedzieli znowu równocześnie, zamieniając się wersjami.
- Niech tylko jeden z was mówi, to nam ułatwi sprawę - zachichotała i wskazała palcem na Amara.
- Woziliśmy się razem za czasów podstawówki jak jeszcze nie wiedziałem, że z niego taki kawał chuja.
- Ej! - zaprotestował Troy.
- Zamknij się - uciszył go Oszust.
- W gimnazjum dorwał inne towarzystwo, które postawiło sobie za punkt honoru, żeby upiększyć mi tam życie. Myślałem, że w liceum się od nich uwolnię, ale Ci przypadkiem poszli do tej samej szkoły co ja. Ja to mam w życiu pecha - westchnął.
- No tak, bo idealne życie Liama było lekko zakłócane w szkole kiedy do domu mógł sobie wrócić w objęcia mamusi i tatusia. Jakie to smutne - dodał, robiąc przy tym smutną minę.
- Zamknij się - powiedział cicho, a Oszust wiedział, że Amaros jest bliski by uderzyć nowego. Postanowił to przerwać.
- Dobra chłopaki, dajcie na luz - teraz spojrzał na Sydney. - Mamo ja wezmę nowego na siebie.
- Nie - powiedziała. - Tworzymy tu zgraną ekipę i każdy musi mieć do siebie bezgraniczne zaufanie. To się tyczy też was - dodała wskazując na Liama i Troya. - Popracujecie ze sobą i zobaczymy co tego wyjdzie.
- Świetnie! - krzyknął Amaros. - Jeżeli jutro w wiadomościach nie będzie informacji o morderstwie to uznajcie to za cud - wyszedł z pokoju trzaskając drzwiami.
- Idę za nim - powiedziała Silver. - Trzeba zrobić mu okłady.
- Jak bardzo? - spytała Sydney z troską.
- Cały - odpowiedziała smutnym głosem. - Jutro będzie nieźle wkurwiony z bólu, a do tego jeszcze ten nowy - wskazała głową na Troya i wyszła. Ten zastanawiał się w co też mógł wpakować się ułożony chłopczyk Liam. Z niedowierzaniem pokręcił głową i parsknął śmiechem.
- Nie oceniaj go pochopnie - powiedziała Sydney kiedy zostali sami. Oszust powiedział, że musi się najebać i sobie poszedł. - Od czasów waszej dawnej przyjaźni minęło kilka lat. W jego życiu wiele się zmieniło jak i w Twoim, ale jak będzie chciał to sam Ci powie. Ja nie jestem do tego upoważniona - kobieta dała znak ręką, że rozmowa została zakończona.
Troy wyszedł z biura i zaczął powoli kierować się na dół. Ze schodów zobaczył Liama jak ten nadrabiał z resztą ekipy kolejki, które go ominęły. Po minach i zachowaniu tych ludzi stwierdził, że każdy go tu lubi, ale też, że każdy jest zmartwiony jego stanem.
- Ciekawe - powiedział do siebie. Nie wiedział, ze jutrzejszy dzień będzie ciężki nie tylko dla Amarosa.
Obudził się na podłodze z ogromnym bólem głowy. Przez chwilę nie mógł sobie przypomnieć co na niej robi ani gdzie jest. Próbował się podnieść, ale zakręciło mu się w głowie.
- Kacyk? - spytała jakaś dziewczyna.
- Jak cholera. - odpowiedział żałosnym głosem. "Co tu się wczoraj działo?"
Stał chwilę na schodach przypatrując się Liamowi, kiedy go zauważyli. Podbiegła do niego Silver i zaciągnęła do stolika. W ich towarzystwie czuł się drętwo, bo nie znał ich tak dobrze jak oni siebie na wzajem. Najbardziej szokował go fakt, że siedzi w jednym pomieszczeniu ze swoim wrogiem i jeszcze się nie pozabijali.
- Nagle Ci się spodobałem Troy? - spytał go z zaskoczenia Liam.
- Ja... co ty pieprzysz?! - odpowiedział, ale zdał sobie sprawę, że rzeczywiście mu się przyglądał.
Ekipa wybuchnęła śmiechem co go trochę zirytowało, nie był zwyczajny, że ktoś się z niego śmiał. Musieli to zauważyć.
- Kursywa polej nowemu! - krzyknął Oszust na jakąś dziewczynę w glanach, ubraną całą na czarno i z tunelami w uszach.
- Się robi! - nalała mu kielona, przy okazji rozlewając wódkę po stole.
- Marnujesz napój bogów sługo szatana! - krzyknęła jakaś inna dziewczyna, a jej długie blond włosy i niebieskie oczy zapadły Troyowi w pamięci i nie dawały spokoju.
- Zamilcz Fatum i mi pomóż, bo już widzę poczwórnie - odparła.
Troy wypił pierwszego sam, a każdy na niego patrzył w wyczekiwaniu. Wiedział, że musi coś powiedzieć, żeby zostać dobrze przyjętym, albo się zbłaźnić.
- Lej kolejnego dziewczyno, a nie się gapisz! - wykrzyczał ku ogólnej radości. Następną kolejkę wypili już wszyscy wspólnie.
- Może wody? - z zamyślenia wyrwała go blondynka z wczoraj. Wciąż pamiętał te oczy i nie mógł od nich oderwać wzroku.
- Z chęcią - odparł zmieszany.
- Zaraz przyniosę - powiedziała mu z uśmiechem i wyszła do kuchni.
Był już nieźle wstawiony i rozluźnił się w towarzystwie ekipy. Tak się zapędził, że zaproponował nawet Liamowi stuknięcie się kieliszkami.
- Co mi szkodzi, jutro i tak nie będę tego pamiętał - powiedział Liam i obaj wybuchnęli śmiechem.
- Mam pytanie za sto punktów - powiedział Troy z trudnościami wynikającymi z upojenia alkoholem. - Dlaczego mówią na nią Kursywa? - wskazał na dziewczynę.
- Bo jak się napierdoli to zawsze chodzi pochylona - powiedział chłopak obok niego ,którego nie kojarzył jeszcze z ksywki, a reszta ekipy pospadała ze śmiechu z krzeseł.
- Ej! Ja tu jestem - udała oburzoną, a potem śmiała się z nimi.
- Musisz poznać całą ekipę, jeżeli Mama chce byś się wkręcił - powiedział znowu chłopak. - Ja jestem Tek, tych tu znasz - wskazał palcem na Silver, Kursywę, Fatum, Oszusta i Amara. Obok Fatum siedzi Luna, jej siostra - Troy popatrzył na nią. Faktycznie było podobieństwo, tylko ona miała krótkie blond włosy i szare oczy w odróżnieniu od siostry - no i nasz niezawodny mechanik Gtr.
- W skrócie Gt - uśmiechnął się do niego podając mu rękę.
- Jak nie chcesz być zanudzony na śmierć to nie wspominaj przy nim o Nissanie Gtr - próbowała powiedzieć mu na ucho Silver, ale chcąc przekrzyczeć muzykę i tak ją wszyscy usłyszeli przez co wybuchła nowa fala śmiechu.
- Twoja woda - Fatum postawiła przed nim szklankę.
- Dzięki Ci wielkie o zbawco mój - powiedział Troy z uśmiechem na ustach.
- Co się wczoraj działo? - spytała Silver słabym głosem. - O kurwa nie czuje nóg! NIE CZUJE NÓG!
- Przestań się drzeć demonie - powiedziała Kursywa.
- Zabijcie ją i dajcie spać - Luna mówiła niewyraźnie, bo nawet nie chciało jej się podnieść głowy.
- Amaros! - krzyczała Silver. - Zabiję Cię!
- Szo? - odchrząknął. - Znaczy się, co?
- Całą noc spałeś mi na nogach i mi zdrętwiały - wyżaliła się, a reszta obudzonej ekipy zaczęła się śmiać. - Zabije Cię za to! Wiesz jak to kłuje?
- Możesz mnie zacząć zabijać dopiero jak się wyśpię? - Troy nie wytrzymał i parsknął śmiechem.
- A ty co się śmiejesz? - spytała oburzona. - Wyglądasz jak wampir, który się nie wyspał dobrze w trumnie.
- Jak wampir - Oszust nie mógł opanować śmiechu. - Ty faktycznie! Od dziś jesteś Wampir - skończył, a cała ekipa znowu ryknęła śmiechem. Zauważył, że nie przeszkadza mu to. Nikt nie śmiał się z niego szyderczo, tylko każdy śmiał się szczerze razem z nim. Nie chcieli go obrażać. Ksywka to pewien rytuał wprowadzający do ekipy. Kąciki jego ust powędrowały wysoko do góry.
- Ale skrócimy to do Vamp - powiedziała Fatum. - Tak jest bardziej seksi - dorzuciła przechodząc za nim, przeczesując lekko jego włosy.
Przez cały dzień, każdy się kręcił po domu w ciszy. Najczęstszym towarzyszem, z którym można było spotkać drugą osobę była butelka wody. Najmniejszy szmer był witany przez wiązkę przekleństw. Typowy dzień po imprezie. Troy w milczeniu siedział przed telewizorem, ale nie zwracał uwagi co w nim leci.
- Mamy gości - usłyszał głos Sydney dochodzący ze schodów.
- Kto? - spytała bez zainteresowania Fatum.
- Smutny.
Atmosfera w domu zrobiła się tak gęsta, że można by ją kroić nożem. Troy nie zrozumiał o co chodzi, ale wiedział, że nie jest to mile oczekiwany gość.
- Oszust sprawdź ilu - zarządził Amaros.
- Ze Smutnym siedmiu - policzył - chyba, że jeszcze jakiś chowa się w samochodzie.
- Idę - Amar ruszył do wyjścia.
- Czekaj, idę z Tobą - Oszust szarpał się ze spodniami, próbując je włożyć w biegu.
- Chciałeś powiedzieć idziemy, z naciskiem na MY - powiedziała Silver, na co Amar tylko się uśmiechnął i kiwnął głową.
- Ty nie musisz iść - wskazał na Troya. - Jesteś jeszcze nowy, więc ta sprawa Ciebie nie dotyczy.
- Idę z wami - odpowiedział mu pewnie - w końcu mam się uczyć.
- Dobra, ale nic nie rób bez wyraźnego polecenia.
Brama na podwórko była otwarta, co wykorzystali nieproszeni goście. Rozglądali się zaciekawieni poza Smutnym, który bardzo dobrze znał poligon. On wpatrywał się tylko w drzwi od domu, które otworzyły się, a na podwórko zaczęła wychodzić ekipa z Amarosem na ich czele. Uśmiechnął się pod nosem.
- Czego chcesz? - spytał Amar, z taką nienawiścią, że aż Troya przeszły ciarki.
- Masz coś, co należy do Komandosa - powiedział Smutny.
- Przekaż mu, żeby się pierdolił - powiedział Oszust. - Byliśmy tam pierwsi.
- Jutro o północy na parkingu za klubem Komandosa - powiedział Smutny. - Będę czekał. - odwrócił się do nich plecami i zaczął odchodzić.
- Nic nie dostaniesz! - krzyknęła za nim Fatum. Smutny nie odjechał od razu tylko odsunął szybę i spytał:
- Amaros, sprawdzałeś ostatnio co słychać u siostry?
Wszystkim zmroziło krew w żyłach.
- Zawsze wiesz kiedy się pojawić - powiedział cicho sam do siebie.
Auto zatrzymało się wprost przed nim, a z środka usłyszał głośno puszczony rap. Nie trawił tej muzyki. Wolał lżejsze kawałki metalowe albo rock. Szyba odsunęła się powoli, a muzyka zaczęła sączyć się na całe osiedle. Nagle nastała cisza, a ktoś natarczywie wpatrywał się w niego z środka.
- Wsiadasz? - spytała dziewczyna, która siedziała za kierownicą.
Chłopak przez chwile zawahał się, co spostrzegła, ale dopalił papierosa szybkimi zaciągnięciami i już był w środku.
- Mówiłam Ci żebyś to rzucił - powiedziała ruszając z miejsca.
- Dobrze wiesz jak to lubię - odpowiedział nie patrząc w jej stronę. - To mnie uspokaja - dorzucił cicho.
Dziewczyna zauważyła, że z chłopakiem jest coś nie w porządku. Nie zachowywał się normalnie. Puściła z głośników Eminema czekając na reakcję chłopaka, ale ten nie zareagował, tylko naciągnął bardziej kaptur na głowę.
- Kurwa! - zatrzymała samochód z piskiem na środku ulicy, nie przejmując się tym, ze ktoś mógłby wjechać jej w tył. - Amar popatrz na mnie - powiedziała, ale chłopak nie zareagował.
- Amaros masz na mnie popatrzeć! - podniosła głos, a on odwrócił do niej głowę. - Zdejmuj te okulary - rozkazała.
Zaczął powoli drżącą ręką ściągać okulary. To co zobaczyła odebrało jej mowę na dobrą minutę.
- Przecież Ty prawie nie masz oka! - krzyknęła na niego. - Czemu mi nie powiedziałeś?
- Nie ma o czym - bąknął cicho.
- On Ci to zrobił?
Nieznacznie kiwnął głową, na potwierdzenie jej słów. Ona nie pytając go o zdanie podwinęła mu rękawy, żeby potwierdzić swoje obawy co do drżenia rąk. Całe były w siniakach.
- Gdzie jeszcze? - spytała.
- Tylko te miejsca - powiedział cicho, ale wiedział, że mu nie uwierzyła. Dźgnęła go lekko palcem w plecy, a ten wykrzywił się w grymasie bólu.
- Zabije go własnymi rękami - powiedziała wściekła.
- Nie - teraz już powiedział stanowczo. - To jest moja sprawa - spojrzał na nią zdrowym okiem, by upewnić się czy zrozumiała.
- Jak chcesz Amar, ale jak Cię ruszy jeszcze raz to go zajebie - na tym zakończyła rozmowę, wrzucając bieg.
Byli w połowie drogi do miejsca docelowego, kiedy dziewczyna postanowiła trochę odwrócić myśli chłopaka od wydarzeń z dnia dzisiejszego.
- Dzwoniła do Ciebie Sydney? - spytała.
- Tak, słyszałem, ze mamy kogoś nowego - odpowiedział. -Wiesz coś o nim?
- Wiem tylko, że ojciec wyrzucił go z domu, bo nie chciał wstąpić do mafii - powiedziała.
- A my to niby co? - uniósł zdziwiony brwi, na tyle ile pozwalało mu opuchnięte oko.
- Wiesz o co mi chodzi - powiedziała rozbawiona. - Poza tym, my nie zabijamy - spoważniała.
- Masz mu pomóc się zadomowić i nauczyć go podstaw.
- Dlaczego zawsze ja mam odjebać czarną robotę - powiedział zniesmaczony.
- No co Ty?! Przecież lubisz wyżywać się na ludziach, którzy doprowadzają Cię do szału - zaśmiała się. - A teraz nie braknie ku temu okazji.
- Silver - zaczął słodko.
- Mmm?
- Wiesz, ze jesteś dla mnie jak siostra? - spytał bardziej słodkim głosem.
- Pierdol się! On jest Twój - pokazała mu język.
- Dzięki - nachmurzył się. - Wielkie kurwa dzięki - udawał już obrażonego do samego końca podróży.
Dojechali na miejsce dziesięć minut później. Stanęli przed wielkim murowanym domem, który nazywali poligonem. Z przodu przypominał on normalny domek jednorodzinny, z ładną ścieżką prowadząca od furtki do drzwi wejściowych i podjazdem wyłożonym kostką brukową. Dookoła posesji był mur, na którym leniwie leżał drut kolczasty. Przy murze dumnie rosły równo przycięte tuje. Dla osoby postronnej był to zwykły dom, w którym dość często grała muzyka i odbywały się imprezy. Stał on jednak bardziej na uboczu z dala od sąsiadów, więc tym nawet nie chciało się dzwonić na policję z prośbą o interwencję. Z doświadczenia pewnego wścibskiego sąsiada i tak wiedzieli, że nie wiele by to dało.
Prawdziwego szoku doznali by dopiero gdyby dowiedzieli się co znajduje się w domu i bezpośrednio pod nim. W garażu pod ścianą stał stary fiat uno, ale nikt już nawet nie zwracał na niego uwagi. Na środku garażu znajdowała się specjalna winda wpasowana idealnie w podłogę, dzięki której można zjechać niżej. Tylko osoby, które wiedziały dokładnie gdzie ona jest, mogły z niej skorzystać. Pod ziemią stały prawdziwe samochody ekipy, których używali na akcje i wyścigi. Na zapleczu domu znajdowała się strzelnica oraz przyległy do niej pokój. W nim znajdowały się zapasy broni i amunicji, których wystarczyło by dla małej armii. Od pistoletów po karabiny typu AK-47. Nigdy nie użyli ich by zabijać, ale pomagały im podczas akcji. Drobne kradzieże, napady na sklepy jubilerskie, aż do wielkich skoków na banki i muzea z wartościowymi eksponatami.
Amaros z Silver weszli do domu, w którym sączyła się głośno muzyka Offspring, a połowa ekipy latała mając już mocno wypite. Amaros poszedł szybko na piętro do biura Sydney, żeby poznać nowy przydział. Wszedł bez pukania. Mama, jak nazywała ją ekipa siedziała za biurkiem i rozmawiała z chłopakiem o blond włosach do ramion. Miał wrażenie, że rozpoznawał ten głos. Obok, leniwie na kanapie wylegiwał się Oszust, który dostrzegł go jako pierwszy.
- Amaros brachu! - poderwał się by uściskać przyjaciela, ale ten szybko się odsunął. - Co jest?
- Nic - wykręcił się. - Muszę pogadać z Mamą, na czułości przyjdzie czas - wyszczerzył do niego zęby w uśmiechu.
- Sydney to ten nowy? - zwrócił się do kobiety.
- Tak Amarosku - odpowiedziała z błyskiem w oku. - Ale wy już się znacie.
Blondyn odwrócił się do niego przodem, a jego zamurowało.
- Kurwa! - krzyknął. - Chyba was do reszty pojebało?!
Oszust nie zrozumiał o co chodzi, ale Blondyn przechylił lekko głowę. Skądś znał ten głos. Tylko skąd?
- Liam, drzesz tak mordę, że Cię słychać na dole - wpadła Silver. - Nowy już Cię wkurwił? - uśmiechnęła się szeroko.
- Liam? - spytał chłopak. - Czekaj, czy Ty to?
Nie dokończył pytania, bo chłopak zaczął powoli ściągać kaptur. Zdjął też czapkę i okulary przeciwsłoneczne.
- Kurwa! - krzyknęli wszyscy równocześnie poza Silver, która już wiedziała o stanie chłopaka. Blondyn jednak krzyknął z innego powodu. Poznał go. Był to jego wróg numer jeden ze szkoły.
- Co Ci się stało?! - spytała Sydney.
- Nie przy nim - wskazał palcem na blondyna. - I nie będę go niczego uczył, żeby potem wpakował mi kulkę w plecy.
- Musiał bym być taką szują jak Ty Liam - odparł.
- Zamknij ryj Troy - warknął. - Nie masz tu nic do gadania.
- To wy się znacie? - spytała zaskoczona Silver.
- Tak.
- Nie - odpowiedzieli równocześnie.
- To w końcu jak? - spytała ponownie.
- Nie.
- Tak. - odpowiedzieli znowu równocześnie, zamieniając się wersjami.
- Niech tylko jeden z was mówi, to nam ułatwi sprawę - zachichotała i wskazała palcem na Amara.
- Woziliśmy się razem za czasów podstawówki jak jeszcze nie wiedziałem, że z niego taki kawał chuja.
- Ej! - zaprotestował Troy.
- Zamknij się - uciszył go Oszust.
- W gimnazjum dorwał inne towarzystwo, które postawiło sobie za punkt honoru, żeby upiększyć mi tam życie. Myślałem, że w liceum się od nich uwolnię, ale Ci przypadkiem poszli do tej samej szkoły co ja. Ja to mam w życiu pecha - westchnął.
- No tak, bo idealne życie Liama było lekko zakłócane w szkole kiedy do domu mógł sobie wrócić w objęcia mamusi i tatusia. Jakie to smutne - dodał, robiąc przy tym smutną minę.
- Zamknij się - powiedział cicho, a Oszust wiedział, że Amaros jest bliski by uderzyć nowego. Postanowił to przerwać.
- Dobra chłopaki, dajcie na luz - teraz spojrzał na Sydney. - Mamo ja wezmę nowego na siebie.
- Nie - powiedziała. - Tworzymy tu zgraną ekipę i każdy musi mieć do siebie bezgraniczne zaufanie. To się tyczy też was - dodała wskazując na Liama i Troya. - Popracujecie ze sobą i zobaczymy co tego wyjdzie.
- Świetnie! - krzyknął Amaros. - Jeżeli jutro w wiadomościach nie będzie informacji o morderstwie to uznajcie to za cud - wyszedł z pokoju trzaskając drzwiami.
- Idę za nim - powiedziała Silver. - Trzeba zrobić mu okłady.
- Jak bardzo? - spytała Sydney z troską.
- Cały - odpowiedziała smutnym głosem. - Jutro będzie nieźle wkurwiony z bólu, a do tego jeszcze ten nowy - wskazała głową na Troya i wyszła. Ten zastanawiał się w co też mógł wpakować się ułożony chłopczyk Liam. Z niedowierzaniem pokręcił głową i parsknął śmiechem.
- Nie oceniaj go pochopnie - powiedziała Sydney kiedy zostali sami. Oszust powiedział, że musi się najebać i sobie poszedł. - Od czasów waszej dawnej przyjaźni minęło kilka lat. W jego życiu wiele się zmieniło jak i w Twoim, ale jak będzie chciał to sam Ci powie. Ja nie jestem do tego upoważniona - kobieta dała znak ręką, że rozmowa została zakończona.
Troy wyszedł z biura i zaczął powoli kierować się na dół. Ze schodów zobaczył Liama jak ten nadrabiał z resztą ekipy kolejki, które go ominęły. Po minach i zachowaniu tych ludzi stwierdził, że każdy go tu lubi, ale też, że każdy jest zmartwiony jego stanem.
- Ciekawe - powiedział do siebie. Nie wiedział, ze jutrzejszy dzień będzie ciężki nie tylko dla Amarosa.
Obudził się na podłodze z ogromnym bólem głowy. Przez chwilę nie mógł sobie przypomnieć co na niej robi ani gdzie jest. Próbował się podnieść, ale zakręciło mu się w głowie.
- Kacyk? - spytała jakaś dziewczyna.
- Jak cholera. - odpowiedział żałosnym głosem. "Co tu się wczoraj działo?"
Stał chwilę na schodach przypatrując się Liamowi, kiedy go zauważyli. Podbiegła do niego Silver i zaciągnęła do stolika. W ich towarzystwie czuł się drętwo, bo nie znał ich tak dobrze jak oni siebie na wzajem. Najbardziej szokował go fakt, że siedzi w jednym pomieszczeniu ze swoim wrogiem i jeszcze się nie pozabijali.
- Nagle Ci się spodobałem Troy? - spytał go z zaskoczenia Liam.
- Ja... co ty pieprzysz?! - odpowiedział, ale zdał sobie sprawę, że rzeczywiście mu się przyglądał.
Ekipa wybuchnęła śmiechem co go trochę zirytowało, nie był zwyczajny, że ktoś się z niego śmiał. Musieli to zauważyć.
- Kursywa polej nowemu! - krzyknął Oszust na jakąś dziewczynę w glanach, ubraną całą na czarno i z tunelami w uszach.
- Się robi! - nalała mu kielona, przy okazji rozlewając wódkę po stole.
- Marnujesz napój bogów sługo szatana! - krzyknęła jakaś inna dziewczyna, a jej długie blond włosy i niebieskie oczy zapadły Troyowi w pamięci i nie dawały spokoju.
- Zamilcz Fatum i mi pomóż, bo już widzę poczwórnie - odparła.
Troy wypił pierwszego sam, a każdy na niego patrzył w wyczekiwaniu. Wiedział, że musi coś powiedzieć, żeby zostać dobrze przyjętym, albo się zbłaźnić.
- Lej kolejnego dziewczyno, a nie się gapisz! - wykrzyczał ku ogólnej radości. Następną kolejkę wypili już wszyscy wspólnie.
- Może wody? - z zamyślenia wyrwała go blondynka z wczoraj. Wciąż pamiętał te oczy i nie mógł od nich oderwać wzroku.
- Z chęcią - odparł zmieszany.
- Zaraz przyniosę - powiedziała mu z uśmiechem i wyszła do kuchni.
Był już nieźle wstawiony i rozluźnił się w towarzystwie ekipy. Tak się zapędził, że zaproponował nawet Liamowi stuknięcie się kieliszkami.
- Co mi szkodzi, jutro i tak nie będę tego pamiętał - powiedział Liam i obaj wybuchnęli śmiechem.
- Mam pytanie za sto punktów - powiedział Troy z trudnościami wynikającymi z upojenia alkoholem. - Dlaczego mówią na nią Kursywa? - wskazał na dziewczynę.
- Bo jak się napierdoli to zawsze chodzi pochylona - powiedział chłopak obok niego ,którego nie kojarzył jeszcze z ksywki, a reszta ekipy pospadała ze śmiechu z krzeseł.
- Ej! Ja tu jestem - udała oburzoną, a potem śmiała się z nimi.
- Musisz poznać całą ekipę, jeżeli Mama chce byś się wkręcił - powiedział znowu chłopak. - Ja jestem Tek, tych tu znasz - wskazał palcem na Silver, Kursywę, Fatum, Oszusta i Amara. Obok Fatum siedzi Luna, jej siostra - Troy popatrzył na nią. Faktycznie było podobieństwo, tylko ona miała krótkie blond włosy i szare oczy w odróżnieniu od siostry - no i nasz niezawodny mechanik Gtr.
- W skrócie Gt - uśmiechnął się do niego podając mu rękę.
- Jak nie chcesz być zanudzony na śmierć to nie wspominaj przy nim o Nissanie Gtr - próbowała powiedzieć mu na ucho Silver, ale chcąc przekrzyczeć muzykę i tak ją wszyscy usłyszeli przez co wybuchła nowa fala śmiechu.
- Twoja woda - Fatum postawiła przed nim szklankę.
- Dzięki Ci wielkie o zbawco mój - powiedział Troy z uśmiechem na ustach.
- Co się wczoraj działo? - spytała Silver słabym głosem. - O kurwa nie czuje nóg! NIE CZUJE NÓG!
- Przestań się drzeć demonie - powiedziała Kursywa.
- Zabijcie ją i dajcie spać - Luna mówiła niewyraźnie, bo nawet nie chciało jej się podnieść głowy.
- Amaros! - krzyczała Silver. - Zabiję Cię!
- Szo? - odchrząknął. - Znaczy się, co?
- Całą noc spałeś mi na nogach i mi zdrętwiały - wyżaliła się, a reszta obudzonej ekipy zaczęła się śmiać. - Zabije Cię za to! Wiesz jak to kłuje?
- Możesz mnie zacząć zabijać dopiero jak się wyśpię? - Troy nie wytrzymał i parsknął śmiechem.
- A ty co się śmiejesz? - spytała oburzona. - Wyglądasz jak wampir, który się nie wyspał dobrze w trumnie.
- Jak wampir - Oszust nie mógł opanować śmiechu. - Ty faktycznie! Od dziś jesteś Wampir - skończył, a cała ekipa znowu ryknęła śmiechem. Zauważył, że nie przeszkadza mu to. Nikt nie śmiał się z niego szyderczo, tylko każdy śmiał się szczerze razem z nim. Nie chcieli go obrażać. Ksywka to pewien rytuał wprowadzający do ekipy. Kąciki jego ust powędrowały wysoko do góry.
- Ale skrócimy to do Vamp - powiedziała Fatum. - Tak jest bardziej seksi - dorzuciła przechodząc za nim, przeczesując lekko jego włosy.
Przez cały dzień, każdy się kręcił po domu w ciszy. Najczęstszym towarzyszem, z którym można było spotkać drugą osobę była butelka wody. Najmniejszy szmer był witany przez wiązkę przekleństw. Typowy dzień po imprezie. Troy w milczeniu siedział przed telewizorem, ale nie zwracał uwagi co w nim leci.
- Mamy gości - usłyszał głos Sydney dochodzący ze schodów.
- Kto? - spytała bez zainteresowania Fatum.
- Smutny.
Atmosfera w domu zrobiła się tak gęsta, że można by ją kroić nożem. Troy nie zrozumiał o co chodzi, ale wiedział, że nie jest to mile oczekiwany gość.
- Oszust sprawdź ilu - zarządził Amaros.
- Ze Smutnym siedmiu - policzył - chyba, że jeszcze jakiś chowa się w samochodzie.
- Idę - Amar ruszył do wyjścia.
- Czekaj, idę z Tobą - Oszust szarpał się ze spodniami, próbując je włożyć w biegu.
- Chciałeś powiedzieć idziemy, z naciskiem na MY - powiedziała Silver, na co Amar tylko się uśmiechnął i kiwnął głową.
- Ty nie musisz iść - wskazał na Troya. - Jesteś jeszcze nowy, więc ta sprawa Ciebie nie dotyczy.
- Idę z wami - odpowiedział mu pewnie - w końcu mam się uczyć.
- Dobra, ale nic nie rób bez wyraźnego polecenia.
Brama na podwórko była otwarta, co wykorzystali nieproszeni goście. Rozglądali się zaciekawieni poza Smutnym, który bardzo dobrze znał poligon. On wpatrywał się tylko w drzwi od domu, które otworzyły się, a na podwórko zaczęła wychodzić ekipa z Amarosem na ich czele. Uśmiechnął się pod nosem.
- Czego chcesz? - spytał Amar, z taką nienawiścią, że aż Troya przeszły ciarki.
- Masz coś, co należy do Komandosa - powiedział Smutny.
- Przekaż mu, żeby się pierdolił - powiedział Oszust. - Byliśmy tam pierwsi.
- Jutro o północy na parkingu za klubem Komandosa - powiedział Smutny. - Będę czekał. - odwrócił się do nich plecami i zaczął odchodzić.
- Nic nie dostaniesz! - krzyknęła za nim Fatum. Smutny nie odjechał od razu tylko odsunął szybę i spytał:
- Amaros, sprawdzałeś ostatnio co słychać u siostry?
Wszystkim zmroziło krew w żyłach.
Subskrybuj:
Posty (Atom)